Gdzie się podziały słomiane dachy? W 1965 roku mieszkańcy Józefowa z dumą żegnali ostatnią strzechę w gminie. Okazjonalna tablica, wmurowana we frontową ścianę miejscowego urzędu, przetrwała na tym reprezentacyjnym miejscu długie lata.
Napis, wyryty w wapieniu z tamtejszych kamieniołomów, głosi: "Mieszkańcy osady Józefów żegnają ostatnią strzechę - 16 V 1965 r." (tablica przechowywana jest dziś w sali muzealnej w domu kultury). W latach 60. władza ludowa rozpoczęła likwidację dachów ze słomianymi strzechami. W uchwalonej w tym czasie ustawie przeciwpożarowej znalazły się przepisy, nakazujące rozbiórkę strzech. Bronią w tej walce były między innymi przydziały na eternit, rozprowadzane przez gminne spółdzielnie. Mimo to setki, jeśli nie tysiące słomianych dachów przetrwały na stodołach, oborach i - rzadziej - domach w całym regionie przez kilka kolejnych dziesięcioleci. Dopiero ostatnie lata przyczyniły się do zupełnego zniszczenia słomianych dzieł ludowych rzemieślników. Żeby dziś zobaczyć jedną strzechę, trzeba zjeździć kilkadziesiąt wsi. W Rozłopach koło Sułowa stoi stodoła z 1848 r.
Strzechy i dranice W ciągu wieków w Polsce przyjęło się kilka sposobów krycia dachów: gontem (deseczkami niewielkich rozmiarów, nakładanymi jedna na drugą), deskami i dranicami - czyli łupanymi deskami i wreszcie strzechą, wykonaną z trzciny (w okolicach obfitujących w bagna i tereny podmokłe), wrzosu (rzadko) oraz słomy. Ta ostatnia metoda - najbardziej powszechna - przyjęła się także na całej Lubelszczyźnie, choć i tu wyrabiano czasem dachy z trzciny, dranic - m.in. w okolicach Zamościa - oraz gontu. Na przykład w 1920 r. we wsi Jacnia było 197 domów krytych strzechą, 88 gontem, 39 dranicami oraz 20 dachówką i blachą; we wsi Niedzieliska - 207 domów pod strzechą, 18 pokrytych gontem i 38 nowymi materiałami (badania prowadził tu wówczas jeden z dawnych etnografów).
Sposoby na kładzenie strzechy były dwa: rozkładanie jej i przytrzymywanie tyczkami (ale to głównie na północy Polski) oraz poszywanie snopkami (u nas). Same snopki też można było wiązać dwiema metodami: bliżej miejsca ścięcia słomy - dach wychodził wówczas gładki, tańszy, bo zużywało się mniej materiału, ale i mniej trwały oraz bliżej kłosa - na dachu powstawały charakterystyczne schodki. Rzemieślnicy tak wreszcie udoskonalili swoje umiejętności, że kąt nachylenia słomianego dachu i grubość strzechy mogły zależeć od ilości opadów deszczu i śniegu w danej okolicy. Wielu z nich wyrobiło też w sobie artystyczny smak: do gładkiej strzechy dodawali schodkowane narożniki, kalenice czy okapy. Wychodziło ładniej.
- Z tej doskonalonej przez wieki sztuki nie ocalało prawie nic. To ogromna strata dla naszego lokalnego krajobrazu. Apeluję więc do wszystkich wójtów, by chronili na swoim terenie każdy budynek kryty słomą, gontem, trzciną czy wiórami ośkowymi. Trzeba je wszystkie zinwentaryzować i zachować, podobnie jak zmurszałe kapliczki, ostatnie kuźnie - podkreśla Stanisław Jachymek, sołtys Guciowa i właściciel gospodarstwa agroturystycznego, w którym zrekonstruował budynki kryte strzechą.
Jachymek twierdzi, że ten widok działa na ludzi jak magnes. - Każdy chce zobaczyć słomiany dach nie w skansenie, ale na wsi. To murowany sukces turystyczny. Powinniśmy wreszcie zrozumieć, że krajobraz jest takim samym towarem, jak buraki czy węgiel - mówi.
Mistrz Jan Skoro nie ma już strzech, zanika też sztuka wykonywania. Stanisław Jachymek długo szukał rzemieślnika, który podjąby się położenia słomianych dachów w jego zagrodzie. Kilku ludzi, o których słyszał, że to potrafią, już nie żyło. Strzechy zrobił w końcu Jan Harkot, pochodzący z Wólki Czarnostockiej pod Radecznicą (obecnie mieszka w Zwierzyńcu).
- Nauczyłem się tego w rodzinnym gospodarstwie. Co prawda mieszkanie mieliśmy pod blachą, a na oborze już pod koniec lat 50. leżała dachówka, jednak stodoła ciągle była pod strzechą. Często trzeba było ją reperować. I tak to się zaczęło - opowiada Jan Harkot.
Praca wymaga dokładności i cierpliwości - pokrycie jednego dachu zajmuje około 3 tygodni. Wprawa potrzebna jest już przy przygotowaniu słomy, koniecznie żytniej. Zboże trzeba zasiać na mało nawożonym polu (w przeciwnym razie, będzie przerośnięte), trzeba je też w odpowiednim momencie ściąć - zanim całkiem dojrzeje. Żyto na dachy kosi się ręcznie, kosiarka lub snopowiązałką, młóci maszynami starej daty.
- Słoma musi być cienka, wtedy jest mocniejsza. Wiąże się ją w niewielkie snopeczki, kładzie na żerdziach, wiąże powrósełkami. Do wykonania dachu nie trzeba niczego, prócz słomy - mówi Jan Harkot. - Jeżeli materiał jest dobry, robota sprawna, strzecha poleży kilkadziesiąt lat, bez łamania i bez żadnych napraw. W lecie pomieszczenie jest chłodne, zimą - ciepłe. Nie jest to tani dach. Na pokrycie 100 metrów kwadratowych potrzebna jest słoma zebrana z hektarowej uprawy. - Robota trafia się rzadko. Starego dachu nie naprawiałem od wielu, wielu lat - dodaje Harkot.
W skansenie i na zdjęciach Jeszcze w późnych latach 80. tu i ówdzie można było nie pojedyncze budynki, ale całe wsie pod strzechami. - Tak było na przykład w Majdanie Małym czy w Szurze pod Krasnobrodem - mówi Maria Fornal z Państwowej Służby Ochrony Zabytków w Zamościu, która zajmowała się wówczas inwentaryzacją interesujących obiektów ludowej architektury. - Szur stał się wkrótce modną wsią letniskową. Turyści, których ściągnęły tutaj właśnie strzechy i odludne położenie, szybko jednak odmienili Szur. Mieszkańcy nastawili się na ich obsługę, zaczęli sprzedawać działki, mniej zajmowali się rolnictwem, mniej trzymali zwierząt. Budynki gospodarcze stawały się niepotrzebne i tak znikły strzechy.
Niestety, oprócz budynków w zagrodzie w Guciowie (zostały zrekonstruowane), żaden obiekt kryty strzechą nie został w naszym regionie wpisany do rejestru zabytków. Dlaczego? Przez całe lata utrzymywała się tendencja, by ochroną prawną obejmować dwory i parki podworskie, kościoły, cmentarze oraz - ale rzadko - stare budynki przemysłowe, jak garbarnie, młyny. Architektura ludowa wydawała się mniej intrygująca. - Ale też nikt nie przeczuwał, że tak szybko ulegnie ona zniszczeniu, a proces industrializacji będzie postępował tak szybko - dodaje Maria Fornal. - Właściciele starodawnych zagród często przy tym nie życzyli sobie zainteresowania. Zdarzało się nawet, że nie pozwalali choćby sfotografować obejścia. Wstydzili się, że mieszkają w starych chałupach. Uważali to za degradację i zazdrościli sąsiadom, którzy przenieśli się do murowanych, piętrowych domów.
I tak całkiem niedawno, w 2001 r., rozebrano walącą się, krytą słomą zagrodę w Topólczy - oborę, wozownię i stodołę, wybudowaną około 1860 r. (zatrzymywały się tu wszystkie wycieczki). Kontusz starych rzemieślników - tzw. strzecharzy - można jeszcze podziwiać tylko w Muzeum Wsi Lubelskiej na Sławinku w Lublinie ( przeniesiono tu 2 chałupy z Tarnogóry i Gozdu Lipińskiego oraz 2 zagrody z Teodorówki i Bukowej) oraz na fotografiach w kartach inwentaryzacyjnych w PSOW - Maria Fornal szacuje, ze jest ich około pół tysiąca.
Anna Rudy Tygodnik Zamojski 28.12.2005 |