Strona główna arrow Archiwum Nowości arrow Rozstrzelanie Białowoli
| piątek, 16 maja 2008| Imieniny obchodzą: Andrzej, Małgorzata, Wieńczysław|
 
 
Galeria
Menu witryny
Strona główna
O serwisie
O regionie
Wydawnictwa
Przewodnik
Roztoczańskie tematy
Atrakcje
Etnografia
Ekologia
Galeria zdjęć
Szukaj
Kontakt
Linki
Księga Gości
Mapa serwisu
Mapy miejscowości
Zamość
Szczebrzeszyn
Zwierzyniec
Krasnobród
Susiec
Tomaszów Lubelski
Kultura
Turystyka
Zamość i Roztocze

Prezentacja
Kolporter RSS
Advertisement
Aktualności
Rozstrzelanie Białowoli Drukuj

W grudniu 1942 niemieccy policjanci zamordowali 52 osoby
- Mnie zabijcie, ale wypuście ją, to małe dziecko nic nie jest winne - prosiła zduszonym głosem 23-letnia Paulina Dygoda, przyciskając do siebie 7-miesięczną Tereskę. Policjant w szarym, długim płaszczu z dwoma rzędami metalowych guzików nie zwracał uwagi na jej płacz. Najpierw strzelił do niemowlęcia, potem skierował lufę pistoletu w stronę matki.

Świadkiem tej przerażającej sceny był Antoni Pupiec. Kiedy niemieccy policjanci pędzili w stronę budynku szkolnego grupki mieszkańców Białowoli, on ukrył się pod stodołą, naprzeciw placu szkolnego. - Brat już nie żyje, ale wiele razy opowiadał o tej egzekucji. Niemcy wyprowadzali ze szkoły po kilka osób i zabijali ich strzałem w tył głowy. Kilka kobiet trzymało na rękach małe dzieci. Troje z nich nie miało nawet roku. Córeczka Dygodów trzymała w buzi smoczek. Niemiec strzelił najpierw do niej, a potem zabił matkę - opowiada 84-letnia Stefania Sapiło z Białowoli, która sama cudem uniknęła wówczas śmierci.
29 grudnia 1942 r., podczas akcji odwetowej za podpalenie przez bechowców wsi Lipsko i zabicie kilku osiedlonych tam volksdeutschów, na placu szkolnym w Białowoli k. Zamościa niemiecka ekspedycja karna rozstrzelała 52 osoby. Za jednego zabitego osadnika niemieckiego odebrano życie 10 mieszkańcom wsi. Najstarszy z nich - Józef Szumiło - miał 82 lata, Michał Lupa - 80, Szymon Dygoda - 75. Oprawcy nie oszczędzili małych dzieci. Zastrzelili m.in.: Jureczka Gontarza i Rysia Sokołowskiego (obaj mieli po 2 lata), 3-letniego Józia Łukaszyka, o rok starszego od niego Kazia Rogalę, 5-letniego Frania Łukaszyka i jego 7-letniego brata Mariana, 9-letnią Helenkę Lupę oraz 10-letniego Piotrka Solskiego. Zginęły niemal całe rodziny Dygodów, Gontarzy, Lupów, Łukaszyków, Rogalów, Solskich, Siwiłłów...

Płakali i modlili się na głos
Stefania Sapiło miała w grudniu 1942 r. 20 lat. Od niedawna była żoną Bronisława Sapiło, miejscowego rolnika, porucznika rezerwy WP. - 29 grudnia przed południem mąż wybierał się do kuzynów w Majdanie Ruszowskim. Wyszedł już na podwórko i stał koło obory, kiedy pod domem sąsiada zjawiło się trzech umundurowanych Niemców. Nie namyślając się długo, wszedł do obory i ukrył się pod słomą "na górce". Dzięki temu uratował życie i mógł później zrobić zdjęcia z masakry pod szkołą - wspomina pani Stefania. - Aparat Kodaka miał jeszcze sprzed wojny, później zamienił go na rower - tłumaczy.

Porucznik niemieckiej policji, który w towarzystwie dwóch podwładnych zajrzał wkrótce do domu Sapiłów, był dowódcą ekspedycji karnej. Miał najwyżej trzydzieści kilka lat. Mówił dobrze po polsku. - Moja teściowa, Katarzyna Sapiło, wiedziała jak z nimi postępować. Wyniosła z komory litr wódki i gruby kawał słoniny. Porucznik zażądał jeszcze masła. Niestety, nie miała. Nie wiem jak to się stało, że Niemcy nie zwrócili uwagi na teścia. Stał za drzwiami, zza których wystawały jego stopy. Mnie, teściową, siostry męża: Marię Bulak z dwiema córkami i Florentynę Sapiło popędzili w stronę szkoły - opowiada Stefania Sapiło.

Do największej klasy na parterze szkoły spędzono ponad 50 osób. Dzieci i kobiety siedziały w ławkach, ustawionych w trzech rzędach. Mężczyźni tłoczyli się w przejściach między rzędami. Około południa do klasy weszło kilku Niemców z pistoletami, wiszącymi na piersiach. Jeden z nich trzymał w ręku gruby kij. - Porucznik, który wcześniej był u nas, kazał wyjść mojej teściowej do domu i gotować obiad, a nas zapytał po polsku: "Kto podpalił Lipsko i zabił kolonistów?" - opowiada pani Sapiło. Ludzie opowiadali, że to partyzanci, którzy siedzą w lesie. Chwilę póżniej porucznik kazał ustawić się mężczyznom pod jedną ze ścian, a potem polecił przyłączyć się do nich żonom i dzieciom. Początkowo nie ruszył się nikt. Wszyscy wyczuwali, że stanie się coś złego. Wtedy Gontarz, strażak, zawołał swoją żonę Bronię i 10-letnią córkę Jasię. Zaczęły tam podchodzić także inne kobiety. W ławkach pozostały tylko te kobiety i dzieci, które nie miały w grupie stojącej pod ścianą swoich mężów i ojców.

W pierwszej ławce środkowego rzędu, tuż przy stoliku nauczyciela, siedział 10-letni Wiesio Kuźma z matką i siostrą Ewą. - Zapamiętałem zdarzenie, które w pewnym stopniu przyczyniło się do zmiany zachowania ludzi dotychczas milczących, posłusznych, wykonujących wszystkie polecenia. Otóż żołdak z kijem wskazał mojego kolegę Longina Siwiłłę, chłopca w moim wieku, może trochę niższego. Polecił Longinowi przejść z ławki na tę stronę klasy, gdzie stali mężczyźni z rodzinami. Longin chciał przejść, ale nie pozwalała mu na to jego siostra Lucyna, 17-letnia dziewczyna. Trzymała brata za rękę i z płaczem błagała, aby nie odchodził. Oprawca się wściekł i kilkoma uderzeniami zmusił Longina, aby - już razem z siostrą - przeszedł pod ścianę Po tym zdarzeniu, rozległ się płacz dzieci, kobiet, a oprawca bił kijem tych, co płakali, po głowach, rękach, plecach. Ludzie zaczęli krzyczeć, płakać, niektórzy klękali i modlili się na głos - wspomina Wiesław Kuźma. On sam jeszcze wtedy nie wiedział, że wraz z kilkunastoma kobietami i dziećmi uda mu się pozostać w budynku i ocalić życie.

Leżeli jak snopki w polu
Stefania Sapiło siedziała z bratową naprzeciwko okien. Widziała, jak w drzwiach starej mleczarni, ok. 30 m od szkoły, policjanci ustawili karabin maszynowy.
Chwilę później zabrali go za szczytową ścianę szkolnego budynku. W pierwszej wyprowadzonej ze szkoły piątce - jak zapamiętała - byli na pewno Jan Muszyński i Regina Sokołowska z siedmioletnim dzieckiem. Najpierw usłyszała pojedyncze strzały, a później serię z kaemu. Policjant z kijem w ręku odliczał kolejne piątki i kierował ję do wyjścia do chwili, aż wszyscy stojący przy ścianie nie wyszli przed pluton egzekucyjny. Wśród kobiet, czekających na śmierć, była Maria Łukaszczyk z czterema synkami. Dzieci płakały, chciały jeść, pić, wołały siusiu. Maria poprosiła Niemca, aby pozwolił jej wyjść z dziećmi na dwór, chociaż na chwilę. Wskazał na drzwi kijem. Kiedy wyszli, rozległy się strzały.
Kilkanaście kobiet z dziećmi siedziało milcząco na ławkach. Czekały na to, co będzie dalej. - Nagle usłyszeliśmy tupot podkutych butów. Do sali wpadło pięciu oprawców. Gwałtownie się sprzeczali. Jedni chcieli, żeby wszystkich wypędzić i zabić. Powtarzali słowa "banditen" i partyzanen". Inni wyraźnie oponowali. Wkrótce zapadła decyzja, żeby nas zwolnić. Gdy wychodziliśmy z budynku, kierowano nas na lewo, przez ogród szkolny do drogi na pastwisko. Biegliśmy, ile sił w nogach. Za nami jeszcze raz odezwała się seria strzałów - wspomina Wiesław Kuźma.
- Kiedy po ok. 1,5 godzin opuszczaliśmy w pośpiechu szkołę, obejrzałam się za siebie. Za niewysokim płotem leżeli nieruchomo ludzie. Wyglądali jak snopki rozrzucone po polu. Tylko jedna, Bronka Rogalówna, nie wiedzieć czemu, nie pobiegła z nami, lecz w odwrotnym kierunku, wprost między trupy, tam, gdzie stali Niemcy. I została zabita - mówi pani Sapiło. - Gdy dobiegliśmy do domu, okazało się, że volksdeutsche z Lipska zrabowali nam wszystko: konie, krowy, wóz, pierzyny, pościel, ubrania. Zastrzelili nawet psa.
Egzekucję przeżył 17-letni Witek Grela. Przyjechał z Wilna do stryja Andrzeja Greli i razem ze wszystkimi zabrany został do szkoły. - Kula rozerwała mu tylko policzek, a zabity obok staruszek - Józef Szumiło - jakby specjalnie upadła na niego i przykrył go sobą i swoim rozpiętym kożuchem. Witek leżał nieruchomo dłuższy czas. Wstał dopiero po kilku godzinach i ukrył się pod najbliższą stodołą. Potem walczył w AK. Niestety, po wojnie zginął z rąk UB - opowiada Jan Milczuk z Białowoli.
W miejscu egzekucji stoi od 1977 r. obelisk z nieczytelną już dziś tablicą i orłem. Zabitych pochowano w zbiorowej mogile, kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za boiskiem szkolnym. Na pomniku z piaskowca, wzniesionym nad mogiłą, wyryto nazwiska zabitych i napis: "Tu spoczywają zwłoki Polaków, mieszkańców wsi Białowola, wymordowanych przez krwawych katów hitlerowskich dn. 29 XII 1942 r. Cześć ich pamięci".

Krzysztof Czubara
Tygodnik Zamojski 04.01.2006

« wstecz   dalej »

Media


Księgarnia
Reklamy
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Pogoda
Licznik odwiedzin
Odwiedziło nas: 1360872 odwiedzających

 
Góra Góra