|
W naszych lasach zaczynają zamierać dęby, m.in. za sprawą opiętka dwuplamkowego Przerzedzone korony, żółknące przed czasem i coraz drobniejsze liście, usychające gałęzie - tak objawia się choroba, która dotyka tysiące dębów w naszym regionie. Lekarstwa na nią nie ma. Chore drzewa usychają bądź są wycinane.
Bezpośrednią przyczyną nagłego pogorszenia się kondycji tych okazałych i bardzo lubianych drzew jest mały chrząszcz opiętek jedynak, który w ciągu ostatnich kilku lat atakował nasze lasy ze zwielokrotnioną siłą. Dęby jednak już od dawna były osłabione. Drzewa tego gatunku dotyka - nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie - proces zamierania, zjawisko tym groźniejsze, że jak dotąd, nie udało się jasno określić jego przyczyn.
Opiętek złośliwy Szkodnik opiętek trafił więc na podatny grunt. Lasy, w których dęby są dominującym gatunkiem, wręcz spustoszył. W Nadleśnictwie Strzelce, które obejmuje swym zasięgiem 3 powiaty: zamojski, hrubieszowski i chełmski, zaatakował 900 hektarów lasu. To ogromny areał, ale w porównaniu z powierzchnią lasów dębowych w tym nadleśnictwie (7 tys. hektarów), wciąż niewielki. Dlatego leśnikom nie pozostało nic innego, jak wycinać zarażone drzewa. Innych sposobów na walkę z chrząszczem nie ma - jego larwy żerują w miazdze drewna. Zaatakowanych dębów i tak nie udałoby się uratować. Larwy opiętka jedynaka wygryzają pod korą szerokie (nawet 7-milimetrowe) i zygzakowate korytarze, uniemożliwiając drzewu przewodzenie składników pokarmowych i wody. To kończy się jego śmiercią - uschnięciem. - Jedyne, co możemy robić, to usuwać chore drzewa z lasu. Tak staramy się ograniczyć populację szkodnika - wyjaśnia Juliusz Iskra, nadleśniczy Nadleśnictwa Strzelce. W 2005 roku uzyskano w ten sposób 5.5 tyś. metrów sześciennych drewna (większość nadawała się już tylko na opał i na papierówki najniższej klasy). Ile to drzew? Z pewnością kilka tysięcy. Wyniki byłyby jeszcze większe, ale nie pozwoliły na to plany urządzenia lasu. Kolejne dęby pójdą więc pod piły w tym roku. W całym województwie lubelskim wycięto w ub. roku tyle dębów, że ich drewno liczono w dziesiątkach tysięcy kubików (metrów sześc.). Najgorzej jest w Nadleśnictwie Puławy, gdzie chory las zajmuje już powierzchnię 3 tys. hektarów.
Najgorzej w Strzelcach i w Puławach - Puławy czy Strzelce to nadleśnictwa, w których określamy sytuację jako bardzo poważną. Tu, miejscami, dochodzi wręcz do rozpadu całego drzewostanu. Ale nigdzie nie jest całkiem dobrze. Nawet w typowo sosnowych lasach, w rejonie Biłgoraja na przykład, opiętek wyrządza szkody na skalę gospodarczą. Dotarł więc wszędzie, nawet na izolowane stanowiska - ubolewa Andrzej Marzęda, specjalista do spraw ochrony lasu w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie. - Fala zamierania dębin wzmaga od 2002 r. Dotyka nawet najzdrowsze i najmocniejsze drzewostany. Co najgorsze, choroba ma charakter spiralny. Wywołuje ją splot wielu czynników. Dąb bardzo źle reaguje na przesuszenie gleby, do czego doprowadziły suche i gorące lata. Stał się bardziej podatny na choroby grzybowe. Do tego doszła inwazja opiętka, małego chrząszcza z rodziny bogatkowatych, skądinąd zresztą bardzo urodziwego (owad jest metalicznie zielony - dop. red.). Zamieranie dębów to przy tym nie jedyne zmartwienie leśników. W naszych lasach masowo chorują także drzewa innych gatunków: jesiony, coraz częściej olchy oraz brzozy - na szczęście tylko lokalnie.
Nauka nie pomoże - Dąbrowy zajmują u nas tylko 30 hektarów. Dęby rzeczywiście są w gorszej kondycji, ale trwają. Za to kilkuhektarowa uprawa jesionów wyschła nam doszczętnie, co do sztuki - potwierdza Marian Kudełka, nadleśniczy Nadleśnictwa Józefów. - Sądzę, że drzewom najbardziej szkodzą przemysłowe zanieczyszczenia, do nas napływające z wiatrem, a przede wszystkim ciągłe wahania poziomu wód gruntowych, prowokowane także przez człowieka, na przykład poprzez prowadzenie czy zaniechanie melioracji. Jestem nawet przekonany, że zbieranie grzybów na masową skalę w jakiś sposób narusza naturalną symbiozę gatunków w lesie. Diagnoza jest już znana: dęby oraz jesiony dotknięte zostały procesem zamierania. Jego przyczyny nie są jednak do końca jasne, cóż więc mówić o zapobieganiu. - Nauka nie dała nam do tej pory żadnych wskazówek, jak postępować, co robić - podkreśla Andrzej Marzęda. - Wszystko więc w rękach samej przyrody.
Anna Rudy Tygodnik Zamojski 11.01.2005 |