Strona główna arrow Archiwum Nowości arrow Ostatni dziedzic Bełżca
| środa, 20 sierpnia 2008| Imieniny obchodzą: Sabina, Sobiesław, Bernard|
 
 
Galeria
Menu witryny
Strona główna
O serwisie
O regionie
Wydawnictwa
Przewodnik
Roztoczańskie tematy
Atrakcje
Etnografia
Ekologia
Galeria zdjęć
Szukaj
Kontakt
Linki
Księga Gości
Mapa serwisu
Mapy miejscowości
Zamość
Szczebrzeszyn
Zwierzyniec
Krasnobród
Susiec
Tomaszów Lubelski
Kultura
Turystyka
Zamość i Roztocze

Prezentacja
Kolporter RSS
Advertisement
Aktualności
Ostatni dziedzic Bełżca Drukuj

W listopadzie minęło 61 lat od czasu, gdy w Bełżcu przestał istnieć prywatny majątek ziemski. Rocznica to niekoniecznie chwalebna – tym bardziej, że ówczesny zarządca folwarku dobrze zapisał się w pamięci mieszkańców wsi – ale sposobna do przypomnienia człowieka, postrzeganego jako dziedzic, ostatni dziedzic...

Sposobna tym bardziej, że nie był to ktoś tuzinkowy. Edward Janecki, urodzony w 1892 r., w majątku Czyżówka pod Przemyślem, był absolwentem sławnej Akademii Rolniczej w Dublanach. Studia podjął w 1910 roku, zaraz po uzyskaniu matury; w 1914 doszedł do absolutorium, jednak na skutek ofensywy rosyjskiej nie mógł ubiegać się o dyplom i stopień inżyniera otrzymał na akademii w Wiedniu. Całą wojnę – zwaną wtedy nie „pierwszą światową”, ale „Wielką Wojną” – spędził na Węgrzech: jako poddany króla Belgów nie podlegał poborowi do armii austriackiej. Obywatelstwo belgijskie odziedziczył po ojcu – dziś nie wiadomo, w jaki sposób Karol Janecki uzyskał je, nie jest jednak wykluczone, że (jak wielu rodaków) trafił do tego kraju wraz z rodzicami po klęsce któregoś z naszych powstań.

W dobrach księcia Sapiehy
Edward Janecki wrócił do Polski zaraz, gdy tylko stało się to możliwe i w 1919 r. objął posadę administratora w dobrach księcia Leona Sapiehy z Krasiczyna. Wpisał się tym samym w rodzinną tradycję: jego ojciec też był zawodowym administratorem, związanym długoletnią współpracą z panami na Krasiczynie. Z ojcem księcia Leona, Władysławem, umówił się, że poza zarządzaniem przejmie też jeden folwark w dzierżawę: miało mu to zapewnić niezależność finansową – posadę administratora mógł stracić, natomiast umowa dzierżawna wiązała obie strony na ściśle określony czas.
Po czterech latach prowadzenia majątku w Wapowcach (gdzie zresztą przyszedł na świat jego syn, Adam, zrodzony w małżeństwie z Jadwigą Dębicką, córką dzierżawcy dóbr Pikulice), a okresowo sprawowania nadzoru nawet nad trzema folwarkami! - Edward Janecki wydzierżawił od dr. Edwarda Drużbackiego Grabownicę Sozańską pod Dobromilem.

Gospodarka ekologiczna
Grabownica były to wartościowe dobra, obejmujące żyzne ziemie, plonujące nawet 25 kwintalami z morgi. Posiłkując się dzisiejszą terminologią można określić, że prowadził tam gospodarkę ekologiczną, bazującą na naturalnych nawozach, w ograniczonym zakresie wykorzystującą sztuczne. Jak wspomina jednak syn ostatniego bełżeckiego dziedzica, Adam, było to konsekwencją prowadzenia w majątku dużej hodowli krów mlecznych, dostarczających obornika niejako w nadmiarze. Produkcja mleka decydowała zresztą o dochodowości Grabownicy: odstawiano je codziennie furmankami do odległego o 22 km Przemyśla.
Po 14 latach owocnej i pożytecznej pracy, w 1937 roku Edward Janecki opuścił Grabownicę Sozańską, żegnany przez właściciela pochwalnymi referencjami. Wyjazd spowodowały decyzje rodzinne Drużbackich: majątek ten przeznaczono dla „następcy tronu”, który akurat skończył studia. I wtedy dzierżawca znalazł dla siebie Bełżec.

Krok wstecz
W opinii Adama Janeckiego – jego ojciec nie trafił najlepiej. Majątek, będący własnością pani Moraczewskiej (zbieżność nazwisk z premierem Rzeczypospolitej przypadkowa), był po prostu fatalny. Dwór – ruina; ni to dwór zresztą, ni chałupa: parterowy, pięć pokoi i kuchnia. W porównaniu z Grabownicą, w której użytkowali 10 pomieszczeń i olbrzymi hall – wielki krok wstecz. Gospodarstwo było jednak rozległe, obejmowało pola, rozrzucone po całej okolicy (z tego względu podstawowym środkiem lokomocji dzierżawcy była „linijka”, zaprzężona w jednego konia), młynek nad stawem i gorzelnię. Ponoć z powodu tej gorzelni Edward Janecki zrezygnował z obywatelstwa belgijskiego: jak zapamiętał syn, ówczesne prawodawstwo nie dopuszczało prowadzenia tego typu zakładu przez obcokrajowca.

Dwa wierzchowce za syna
Po wybuchu wojny, opodal granicy majątku przebiegała granica państwowa. Dość szybko we dworze powstał - taki raczej spontaniczny niż uregulowany jakimiś rozkazami - punkt przerzutowy przez kordon. Ludzi, którzy potrzebowali przedostać się na drugą stronę, administrator i jego rodzina podprowadzali pod granicę i wskazywali im właściwy moment do jej przekroczenia. Było to o tyle łatwe i naturalne, że grunty bełżeckich dóbr przylegały do samej linii; ruch na polach nie wzbudzał niczyjego zainteresowania. Niestety, w 1942 roku ktoś musiał coś wypatrzeć – i donieść: Gestapo aresztowało Edwarda Janeckiego i jego dzieci – Adama oraz Zofię. Ojca i córkę więziono dwa miesiące, Adam trafił na Zamek w Lublinie, gdzie przetrzymywano go – nie szczędząc tortur – do maja 1943. Wyszedł cało, bo ojcu udało się go wykupić.
Dzięki opiekującemu się prywatną stadniną kilkunastu koni komendanta więzienia przedwojennemu podpułkownikowi weterynarii pułku ułanów z Żółkwi Górniewiczowi, który służył w kawalerii z jego bratem, ojciec Adama przekazał władcy życia i śmierci więźniów ofertę: za syna da dwa wierzchowce. Zwariowany na punkcie koni Niemiec schytrzył się – i temu Adam Janecki zawdzięcza wolność. Jego przypadek został odnotowany w monografii „Hitlerowskie więzienia na zamku w Lublinie 1939-1944”.
Po uwolnieniu nie wrócił już do Bełżca. Ojciec wolał wysłać go daleko od domu – do znajomych, rezydujących w majątku Drohojów koło Radymna. Dlatego pan Adam nie ma żadnej wiedzy o najstraszliwszych wydarzeniach w historii Bełżca: o obozie zagłady Żydów. Pamięta tylko pierwsze transporty – wie, że kolejarze pilnie notowali każdy przyjazd pociągu z nieszczęśnikami – ale kiedy wrócił z więzienia, już było po obozie...

Tam gdzie matka i żona
Janecki senior pozostał w Bełżcu do końca wojny; podczas okupacji pochował w tamtej ziemi żonę i matkę... W listopadzie 1944 roku heroldowie nowej władzy wyrzucili go z majątku – skądinąd bezprawnie, bo nie był przecież obszarnikiem, a jedynie dzierżawcą. W każdym razie, w trosce o własną skórę, nie próbował dochodzić sprawiedliwości i wyjechał do Rzeszowa, gdzie objął posadę referenta hodowli koni w Izbie Rolniczej. Potem był dyrektorem stadniny w Albigowej, pracował w stadninie w Kurozwękach, aż wreszcie przeniósł się do posiadłości Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Grodkowicach koło Kłaja pod Krakowem. Tam czuł się znakomicie (wchodził w skład ambitnego zespołu naukowo-doświadczalnego), jednak gdy rządy nad IHAR objęła osoba forsująca rozwijanie w Polsce upraw bawełny i ryżu (!) – odszedł. Do śmierci, do 1964 roku, prezesował w Rzeszowie Związkowi Hodowców Koni.
Ale do Bełżca jednak wrócił: syn pochował go na tym samym cmentarzu, na którym spoczęła jego matka i żona. Dawna służba po dziś dzień daje świadectwo sympatii dla ostatniego „dziedzica” – czyjeś dobre ręce wciąż dbają o jego mogiłę...


Waldemar Bałda
Kronika Tygodnia 17.01.2006

« wstecz   dalej »

Media


Księgarnia
Reklamy
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Pogoda
Licznik odwiedzin
Odwiedziło nas: 1630575 odwiedzających

 
Góra Góra