|
Z reżyserem Krzysztofem Zanussim, patronem Zamojskich Dni Filmu Religijnego Sacrofilm.
- Zamojski samorząd właśnie nadał Panu tytuł "Ambasadora Kultury Zamościa".
- To bardzo wzruszające. O mały włos nie zostałem w ostatnich dniach prawdziwym ambasadorem. Bóg łaskaw, że to mnie ominęło. Natomiast taki metaforyczny ambasador - szalenie mi się to podoba. Zamość potwierdza naszą przynależność do Zachodu, choć obecnie leży na kresach wschodnich. Przez swoje powinowactwo z Włochami, swoje renesansowe korzenie, wielowiekową wielokulturowość, jest miejscem, które można każdemu na Zachodzie przedstawić jako dowód, że Polska jest jednak krajem łacińskim, o czym po Jałcie często tam zapominano.
- W stolicy Rosji, której miał Pan zostać ambasadorem, ma Pan wielu przyjaciół i zagorzałych wielbicieli. Nie kusiło Pana, by przyjąć tę propozycję?
- Szalenie mi pochlebia, że taka ewentualność była brana pod uwagę. Niemniej wierzę, że więcej zdziałam jako ambasador nieformalny, ten metaforyczny, niż jako ambasador urzędniczy. Jeden z mądrych ludzi, którzy mi radzili w tej sprawie, powiedział, że jeśli bym przyjął tę propozycję, więcej bym stracił niż Rzeczpospolita zyskała.
- Jest Pan "dobrym duchem" zamojskiego Sacrofilmu. Czym od tylu lat przyciąga Pana ten festiwal?
- To jeden z rzadkich przejawów oddolnej aktywności kulturalnej, takiej, która nie rodzi się z inspiracji metropolii, wskazań czy wsparcia ministerialnego. Potwierdza istnienie społeczeństwa obywatelskiego, w którym rodzą się inicjatywy, ludzie robią coś, bo chcą, a nie dlatego, że ktoś im kazał. Treść tej imprezy jest mi bliska, bo jest zorientowana na wartości duchowe, na tę sferę, która jest może najtrudniejsza do przekazania w filmie czy w ogóle w sztuce, ale jednocześnie niesłychanie istotna, a może najważniejsza. Moją sympatię budzi też fakt, że dwaj ludzie - ksiądz Wiesław Mokrzycki i dyrektor Andrzej Bubeła - z niewielką pomocą, byli w stanie wytrwać 11 lat przy organizacji imprezy, która się zdecydowanie zakorzenia i rozrasta.
- Jak Pan ocenia polskie kino?
- Mamy okres przejsciowy. Niewiele filmów zrealizowano, mało odniosło sukces. Ale właśnie oglądałem nowy film: "Tylko mnie kochaj". Myślę że odniesie spory sukces kasowy. Jest zrobiony bardzo sprawnie, choć w obszarach gatunku i gustu, które są mi bardzo dalekie. Ale to nie ma znaczenia. na pewno jest to film, który może polskiemu widzowi przypomnieć rodzimą kinomatografię.
- Jaką Pana zdaniem, rolę odegra Państwowy Instytut Sztuki Filmowej?
- Instytut działa dopiero od 1 stycznia. Jednak parlament już próbował obciąć część jego funduszy. Przypuszczalnie będzie dawał filmowcom większe możliwości finansowe, ale jak te finanse będą zarządzane... Nie tworzyłem prawa filmowego i nie zasiadam w zadnych gremiach Instytutu, nie mam zadnego wpływu na to, co będzie. I dobrze. Niech to robią inni, niech się uczą tego, czego ja się kiedyś uczyłem.
Rozmawiał: Tomasz Świrgoń Tygodnik Zamojski 25.01.2006 |