Na pianinie w gabinecie dyrektora Państwowej Orkiestry Włościańskiej Józefa Przytuły leżą nuty zapisane tuszem. Pachną wilgotną piwnicą, pamiętają czasy Karola Namyslowskiego. Dyrektor orkiestry od wielu lat zajmuje się ratowaniem spuścizny po legendarnym założycielu zespołu.
-Namysłowski skomponował ponad 300 utworów, dużo zaginęło, wiele jest niekompletnych. Część z nich odratowałem. Niektóre na podstawie wyciągu fortepianowego czy kilku głosów, które się zachowałymówi.
Najstarsi członkowie zespołu pamiętają, że początkowo zbiory POW liczyły około 200 opisanych utworów. Były to dzieła zebrane przez Namysłowskich, które wcześniej nie miały swojego miejsca, leżały podobno w jednej z zamojskich kotłowni i palono nimi w piecu. Obecnie w bibliotece orkiestry jest 2000 skatalogowanych utworów. Moi rozmówcy zgodnie podkreślają, że ogromna większość tej pracy jest zasługą Józefa Przytuły. Wśród dzieł uratowanych przez dyrektora są dwie msze polskie. Poza Namysłowiakami, nikt ich w kraju dotąd nie wykonywał.
Władysław Monastyrski, fagocista, w POW od 40 lat- Dyrektor codziennie siadał i nad czymś pracował. Dzięki temu dziś mamy ogromny repertuar, w którym znajduje się muzyka ludowa, religijna, patriotyczna, a także bogaty program rozrywkowy.
Józef Przytuła za sprawę kluczową uznaje przekazywanie tradycjiWielu ludzi podchodzi do tej muzyki lekceważąco, określając ją ,, ludowizną", a przecież twórczość Namysłowskiego to są tańce narodowe, mazury (napisał ich około 100), oberki, krakowiaki, polki, kontredan.se. Mamy obowiązek przypominać o tym współczesnym słuchaczom.
Nie tylko sprawa repertuaru zajmowała Józefa Przytułę po objęciu funkcji dyrektora. Ważniejsze było wówczas przeprowadzenie gruntownego remontu w budynku przeznaczonym dla orkiestry. W dzisiejszej sali koncertowej swój warsztat miał trumniarz, a muzycy ćwiczyli w hollu.
Rok bieżący jest przełomowy dla muzyków. Obchodzą jubileusz, żegnają także dyrektora, który po 26 latach pracy z zespołem postanowił odejść na emeryturę. Zgodnie z prawem, powinien być ogłoszony konkurs na stanowisko nowego dyrektora POW. Artyści liczą na to, że obejmie tę funkcję człowiek z odpowiednim wykształceniem i doświadczeniem, który będzie godnym następcą odchodzącego dyrygenta.
-Myślę, że powinna to być osoba spoza zamojskiego środowiska, nie widzę tu nikogo o odpowiednim przygotowaniu i charyzmie. Jeżeli ta orkiestra chce coś znaczyć w Polsce, musi mieć dobrego fachowca, gotowego do podejmowania trudnych decyzji - twierdzi jeden z dawnych członków zespołu.
Wielu pracowników POW i działającego przy orkiestrze stowarzyszenia ma nadzieję, że Józef Przytuła jednak zmieni zdanie i pozostanie na stanowisku dyrektora.
-Współpracuję z panem Przytułani od 20 lat, to człowiek niezwykle zaangażowany i oddany swojej pracy- mówi Anna Gruszkiewicz, dyrektor administracyjny POW- z żalem myślę o tym, że mógłby nas opuścić.
Ludzkie historie
Bardzo długo orkiestra składała się z samych tylko rolników. Byli to najczęściej mieszkańcy okolicznych wiosek, dla których granie w Namysłowiakach stanowiło rodzaj nobilitacji. W latach sześćdziesiątych w zespole pojawili absolwenci szkół muzycznych II stopnia. Dziś w skład POW wchodzą wyłącznie osoby po studiach muzycznych, bądź z dyplomem szkoły muzycznej II stopnia. Ostatni włościanin — waltomista i śpiewak Jan Kostrubała odszedł w 2002 r.
-Starzy Namysłowiacy to byli wspaniali ludzie — wspomina Anna Gruszkiewicz- muzycy całym sercem związani z orkiestrą. Oni tu pracowali nie dla pieniędzy, ale z pasji.
Urszula Boroń, flecistka, w POW od 40 lat pamięta czasy, kiedy Namysłowiacy przemierzali Polskę w wynajętym wagonie. W podróż musieli zabrać nie tylko instrument, ale także poduszkę i koc. Zatrzymywali się na kolejnych stacjach, wagon zostawiali na bocznicy i zmierzali do miasta, gdzie dawali koncert.
- Jeździliśmy wiosną i jesienią. Wagon kolejowy był naszym hotelem. Termin nie był przypadkowy. Orkiestra składała się z samych rolników, wyjazdy nie mogły kolidować z ich pracami w polu- wspomina flecistka.
Wśród muzyków wiejskich były prawdziwe indywidualności. Niezwykłym poważaniem cieszył się Wacław Mazurek, który grał w zespole 72 lata. Zaczynał jako dwunastolatek, był jednym z ostatnich uczniów Karola Namysłowskiego, który nie dość, że uczył go bezpłatnie, to jeszcze sam kupił mu skrzypce. Powołany w 1914 r. do armii carskiej, rok później dostał się do niewoli niemieckiej. Po nieudanej próbie ucieczki Austriacy osadzili go w obozie jenieckim. Wrócił do rodzinnej wioski w 1918 r. i niemal od razu rozpoczął pracę w orkiestrze. Mazurek miał naturę społecznika, uczył dzieci z okolic Wisłowca, Izbi-cy, Udrycz, prowadził zespoły muzyczne, należał do organizacji ludowych. Podczas II wojny światowej musiał opuścić Stary Zamość i ukrywać się wraz z rodziną. W 1942 r., podczas akcji pacyfikacyjnej, dowiedział się przypadkiem o mającym nastąpić wysiedleniu. Zdążył ostrzec mieszkańców wsi, sam uciekł w okolice Wilkowic. W orkiestrze nazywali go „dziadkiem Mazurkiem".
Zofia Monastyrska, flecistka, w POW od 38 lat- Wacław Mazurek by I liderem chłopów. Nie wszyscy go lubili, ale w razie jakiś kłopotów to on kierował zespołem i miał posłuch wśród orkiestrantów. Kiedy przyszłam do pracy, miał przeszło 70 lat i nadal pracował, prowadził także działalność pedagogiczną.
Władysław Swącha, skrzypek i II dyrygent, w POW od 20 lat, bardzo ciepło wspomina koncertmistrza Wacława Przychodaja, który przez pewien czas kształcił się w Warszawie. Trudna sytuacja finansowa zmusiła go jednak do przejęcia ojcowizny i powrotu na gospodarstwo. Należał do osób niezwykle utalentowanych, grał lekko, z charakterem.
- W lutym 1981 r. nagrywaliśmy dwie płyty: jedną z kolędami, drugą z muzyką ludową — wspomina — Orkiestra nie była zbyt liczna, zaangażowano muzyków z Teatru Wielkiego z Warszawy. Grał z nami koncertmistrz II skrzypiec z Teatru Wielkiego, Feliks Pająk. Każdą przerwę wykorzystywał, żeby wypytywać pana Przychodaja o to, jak się powinno grać muzykę ludową. Przychodaj nie miał jednego palca. Kiedy ktoś prawił mu komplementy na temat gry odpowiadał, że zawdzięcza to swojemu kalectwu. Wesoły człowiek był z niego.
Lata osiemdziesiąte były okresem licznych koncertów i wyjazdów, orkiestra współpracowała wówczas nie tylko z wybitnymi solistami Teatru Wielkiego, ale także z popularnymi wówczas aktorami. W 1982 r. koncertowali z Jaremą Stempowskim, razem objeżdżali ówczesne województwo warszawskie. Muzycy POW mieli swoją bazę w Woli Życkiej pod Garwolinem.
-Mieszkaliśmy w ośrodku w lesie -wspomina Władysław Swacha- Przyjechaliśmy tam w andrzejki, a że mieliśmy kilku jubilatów, wypadało to uczcić. W trakcie zabawy nasi nestorzy pogubili protezy. Pół orkiestry szukało w piasku zębów dziadka Ołtarzewskiego i wuja Galardy. Rano na śniadanie panowie, z uwagi na brak protez, dostali kaszę manną.
Franciszek Galarda z Udrycz grał w orkiestrze na altówce. Był rolnikiem. Wstawał między 4.00 a 5.00 rano, robił obrządek i jeszcze przed przyjazdem na próbę zdążył poćwiczyć. Cechowała go niezwykła niezwykła obowiązkowość i troska o orkiestrę. Mawiał do młodych muzyków: Orkiestra musi istnieć, bo to jest najważniejsza rzecz, jakąśmy w życiu robili.
Galardę doskonale pamięta Władysław Swacha- Galarda, tak jak Przychodaj, okaleczył się na gospodarstwie, obciął sobie końce dwóch palców. Kiedy nie mógł czegoś wykonać z repertuaru
klasycznego proponował, by zagrali to młodsi. Z jednym z nich, Krzysiem Wiatrzykiem doszli kiedyś do wniosku, że są kuzynami. Jak w „Potopie", dużo starszy Galarda zawołał: mów mi wuju! I tak został wujem dla całej orkiestry.
W obronie tradycji
Kiedy 1876 r. Karol Namysłowski ukończył z wyróżnieniem Instytut Muzyczny, w którym pobierał lekcje gry na trąbce i skrzypcach, otworzyły się przed nim szerokie możliwości. On jednak po krótkiej pracy w stolicy, gdzie m. in. uczył w Instytucie dla Ociemniałych i grał na skrzypcach w Teatrze Wielkim, powrócił do rodzinnej posiadłości. Nikt nie przypuszczał wówczas, że jego pozytywistyczna działalność prowadzona z uporem na okolicznych terenach okaże się tak skuteczna i trwała. Namysłowski wędrował po wsiach, zapisywał melodie i przyśpiewki ludowe, uczył dzieci nie tylko gry na instrumentach, ale także czytania i pisania. Sensem własnej egzystencji uczynił zachowanie tradycji przekazywanej przez muzykę ludową, podniesienie poziomu umysłowego swoich wychowanków i kształtowanie ich świadomości. Orkiestrę Włościańską, złożoną z samych tylko chłopów powołał do istnienia w dzień swoich imienin, 4 XI 1881 r. W ciągu 125 lat, które minęły od tamtych czasów, dzieło Namysłowskiego ewaluowało i zmieniało swój charakter. Z amatorskiego, wiejskiego zespołu orkiestra przekształciła się w instytucję stymulującą rozwój życia muzycznego na Zamojszczyźnie. POW, oprócz planowych koncertów, organizuje Zamojskie Dni Muzyki, wspiera młode talenty, prowadzi umuzykalnienie najmłodszych. Namysłowiacy mają za sobą dwie wojny, trudny czas komunizmu.
W ich historii były czasy lepsze i gorsze. Także teraz nie omijają ich problemy.
Ryszard Gruszka, puzonista, W POW od 40 lat- Smutne jest to, że nie zostaliśmy wciągnięci na listę instytucji znajdujących się pod szczególną ochroną i patronatem ministerstwa kultury. A tymczasem orkiestra liczy 125 lat, jest starsza od Filharmonii Narodowej.
Prezydent miasta Marcin Zamoyski na początku 2006 r. wystąpił do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z oficjalną prośbą o współfinansowanie i współprowadzenie POW. Decyzji jeszcze nie ma. Tymczasem minister objął patronat nad obchodami 125-lecia istnienia zespołu i przyznał orkiestrze znaczne środki na uzupełnienie i odnowienie strojów ludowych, akcje umuzykalniania dzieci i młodzieży oraz promocję.
Eliza Leszczyńska-Pieniak
Zamojski Kwartalnik KulturalnyNr 3-4 (88-89) 2006