| |
|
Galeria |
|
|
|
|
|
|
|
Koziołki na wagę dewiz |
|
|
- Złap dziewczynę za kolano, wyżej mierz, a będzie większy zwierz – radzi Jerzy Polski, prezes Koła Łowieckiego „Świt” z Zamościa. Vitor Rodrigues z Portugalii, nie wiedział, jakie u nas panują obyczaje, przed polowaniem.
Żadnej panny ani mężatki za kolano nie złapał i wrócił z niczym. Drugiego dnia musiał chyba skorzystać z rad myśliwego Polskiego, bo ustrzelił dwa koziołki Vitor Rodrigues jest budowlańcem, mieszka niedaleko Lizbony. Na polowania jeździ po całej Europie, strzela do saren, jeleni, dzików, nie gardzi ptactwem. Polował też w Afryce. Tam ustrzelił m.in. antylopę gnu. Pasji myśliwskiej poświęcił się też Carlos Covas z Lizbony. Ma tam sklep ze sprzętem sportowym, ale też do nurkowania i polowań pod wodą. Jest myśliwym od ponad 20 lat. - 100 dni w roku poluję. W Europie, Afryce, Ameryce Północnej – opowiada. – Ale przy okazji też zwiedzam. Ostatni raz byłem w Polsce 10 lat temu. Od tego czasu wasz kraj bardzo się zmienił. Na lepsze. Skąd to wiem? Wydaje mi się, że ludzie są lepiej ubrani, chyba są bogatsi, jest więcej inwestycji, na razie w Polsce zachodniej, to prawda. Carlos i Vitor oraz Antonio Martinez Gomes byli w Polsce w ub. tygodniu. Przez kilka dni polowali na Zamojszczyźnie. Obaj są kibicami Benfiki Lizbona. Ich ukochany klub w rozgrywkach Ligi Mistrzów wyeliminowała FC Barcelona. W ub. środę wieczorem, kiedy byli na polowaniu, odbierali od znajomych sms-y. Czytali z wypiekami na twarzy. – Arsenal Londyn prowadzi 1:0, chociaż gra w dziesiątkę – biadał Carlos. Liczył na zwycięstwo Barcelony (ostatecznie wygrała 2:1), bo to i dla Benfiki byłby mniejszy dyshonor, gdyby okazało się, że przegrała z mistrzem. Bóg jeden wie, w jaką depresję by popadł Carlos, gdyby nie to, że polowanie się udało i ustrzelił dwie sarenki, a ściślej mówiąc dwa samce, czyli koziołki. Z tego samego powodu mniej o losy meczu dbał Vitor Rodrigues. - Przyjadę do domu z rogami, przynajmniej żona się ucieszy – żartuje.
Strzelają dewizami nawet do wróbli Zagraniczni myśliwi zaczęli przyjeżdżać do Polski na polowania w latach 70. Wtedy była to strategiczna dziedzina gospodarki narodowej, bowiem, jak wiadomo płacili dewizami. – Na początku przyjeżdżali głównie Niemcy i Austriacy – wspomina Dominik Wojtuch, łowczy okręgowy z Zamościa. – Do dzisiaj polują na naszych terenach i są to najbardziej zdyscyplinowani myśliwi zagraniczni. Z czasem terenami łowieckimi w Polsce zainteresowali się obywatele innych państw Europy Zachodniej. Do Polski przybywają myśliwi także m.in. z Francji, Włoch, Hiszpanii. Jerzy Polski oraz Zbigniew Gawryś (pierwszy jest prezesem, drugi – łowczym Koła Łowieckiego „Świt” z Zamościa) zgodnie przyznają, że najbardziej zaciekłymi myśliwymi są Włosi. Potwierdza to Dominik Wojtuch. Szczególnie lubią polować na ptactwo. Zachowują się tak, jakby chcieli wybić wszystkie ptaki, jakie pojawiają się w zasięgu ich wzroku. Nie przepuszczą nawet wróblom. Trzeba ich stale przywoływać do porządku. Co zrobić, taki mają temperament. Kiedy w ich ojczyźnie zbliża się początek sezonu polowań, w radiu, telewizji, gazetach pojawiają się komunikaty – ostrzeżenia dla ludności mieszkającej w okolicach terenów łowieckich. Bo jak Włoch idzie na polowanie, naprawdę wszystko może się zdarzyć i o nieszczęście nietrudno. Bywa, że trudno też zapanować nad entuzjazmem Hiszpanów. Ci często tracą zimną krew. Zbigniew Gawryś pamięta Hiszpana, który polował na sarny. Pewnego dnia okazały rogacz stanął na linii strzału, a kilkanaście metrów za nim rolnik orał w polu ciągnikiem. Hiszpan nawet się nie zastanawiał, przymierzył i tylko błyskawiczna interwencja łowczego Gawrysia sprawiła, że nie strzelił. Gdyby chybił (co było bardzo prawdopodobne), zamiast kozła upolowałby traktorzystę. Podobnie swój strzał chciał poprawić na polowaniu Carlos. Tyle tylko, że po drodze, zamiast kozła, mógł odstrzelić prezesa Jerzego Polskiego, który był właśnie w samochodzie i przez lornetkę wypatrywał zwierzyny. Znowu w porę zareagował łowczy Zbigniew Gawryś. Z tych, a też z innych względów, na zachodzie Europy myśliwi nie cieszą się najlepszą reputacją. - Tak, w moim kraju jestem traktowany jak potencjalny morderca. No, może nie ludzi, ale zwierząt – mówi Carlos. Jego zdaniem dzieje się tak, ponieważ społeczeństwo nie jest wystarczająco wyedukowane. - Trzeba tłumaczyć, że również dzięki nam i pieniądzom, jakie płacimy za trofea, myśliwi kupują karmę dla zwierząt, a więc pomagają im przeżyć. Myśliwi też dbają o to, aby następowała selekcja. Strzela się przecież do starszych sztuk, jest odstrzał chorych zwierząt. W Polsce to lepiej rozumiecie i nie ma takich problemów – wyjaśnia Carlos.
Safari po polsku Polowania, organizowane dla myśliwych z zagranicy zasadniczo różnią się od tradycyjnych. Polscy myśliwi występują w roli przewodników, jadą autem ze swoimi zagranicznymi kolegami tam, gdzie spodziewają się spotkać zwierzynę. Znają teren doskonale, więc nie ma z tym większego kłopotu. - Tym bardziej, że sarny wychodzą żerować na łąki o tych samych porach, zegarki można regulować - wyjaśnia Zbigniew Gawryś, łowczy w zamojskim Kole Łowieckim „Świt”. Zagraniczni myśliwi są zainteresowani głównie trofeum, czyli jak w przypadku polowania na sarny, porożem. Za to dobrze płacą. Trzeba więc do odstrzału wybrać sztuki, które gwarantują dobry zarobek. Goście nie strzelają do osobników o zniekształconym porożu. - Ciekawa rzecz – zastanawia się Dominik Wojtuch. – Kozłowi, który walczy z drugim o samicę, chodzi tylko o to, aby uszkodzić jądra przeciwnika. Wiadomo, dlaczego. Tak to jest w naturze, że później takiemu okaleczonemu samcowi rogi rosną inaczej niż powinny. Mogą być np. zakręcone jak u barana. Podobnie dzieje się, kiedy zwierzę jest chore. Nie ma dwóch prostych, rosnących pionowo szpic, ale przynajmniej jedna jest zniekształcona. O takich samcach mówimy myłkusy. I jeszcze jedno, jeśli kozioł ma uszkodzoną np. prawą cewkę, czyli nogę, jest niemal pewne, że lewy róg będzie rósł w sposób nietypowy. To i dla samicy przestroga, żeby się z takim podejrzanym typem nie zadawała. Dla myśliwych zagranicznych wybierane są sztuki o najbardziej imponującym porożu. Najlepiej, aby był to szóstak (na jednej szpicy trzy odgałęzienia). Taki okaz ma zazwyczaj ok. 6 lub więcej lat. Za poroże o wadze np. 400 g, myśliwy z zagranicy płaci 3,5 tys. zł. Jeśli uda się ustrzelić kozła, którego poroże waży 550 g i więcej, Koło Łowieckie zyskuje 6 do ponad 7 tys. zł. Zagranicznych myśliwych mięso nie interesuje. Członkowie Kół Łowieckich zwożą je do punktów skupu dziczyzny, a te sprzedają restauracjom w kraju i za granicą. Jak podkreśla łowczy Zbigniew Gawryś, ważne jest, aby pocisk trafił w komorę (serce) lub szyję zwierzęcia. Wtedy najcenniejsze partie tuszy nie są uszkodzone i w skupie można uzyskać najwyższą cenę (11,5 zł za kilogram; tusza dużego samca waży ok. 20 kilogramów). Jeśli strzelec jest marny i pocisk trafi kozła w szynki, mięso w skupie wycenią na 5 zł za kilogram. Ale najważniejsze jest to, aby zwierzę się nie męczyło. Natychmiastowy zgon gwarantuje strzał w szyję i komorowy (w serce). W przeciwnym przypadku ranne zwierzę często trzeba dobijać.
Przepili dzika... Zagraniczni myśliwi dysponują najlepszej jakości sprzętem (np. sztucery i lunety), ale często nie starcza im umiejętności. Jerzy Polski i Zbigniew Gawryś wspominają polowanie z pewnym Hiszpanem, który chybił do pokaźnych rozmiarów samca. Trafił go w nogę (cewkę) i kozioł uciekał na trzech nogach. Wtedy jeden z polskich myśliwych chwycił za broń, strzelił i ubił kozła. Obcokrajowiec wcale się nie pogniewał. Gdy zobaczył rozmiary poroża, cieszył się jak dziecko. Oczywiście w ojczyźnie powie, że sam upolował kozła. Taka pomoc jest dopuszczalna. Ale tylko taka. Dominik Wojtuch zastrzega, że nie może być mowy o jakimkolwiek oszustwie. Nie ma mowy o farbowaniu wieprzka, który ma udawać dzika. Nie używa się żadnych forteli (np. do najlepszych sztuk strzelają Polacy, a zagranicznemu gościowi pokazuje się ładne poroże i wmawia, że to właśnie on takiego zwierza upolował). Choć, tak po prawdzie Dominik Wojtuch zna przynajmniej jeden przypadek, kiedy myśliwego oszukiwano. Przez kilka lat. Było to jednak przed wojną, a ofiarą podstępu padł książę Sapieha. Jak było, o tym jeszcze w latach 50. opowiedział Dominikowi Wojtuchowi niejaki Maksymiec, gajowy ds. łowieckich w dobrach ks. Sapiehy w Siedliskach (gm. Lubycza Królewska). Sapieha wzrok miał słaby, ale polować okrutnie lubił. Za ładne, wypatrzone przez gajowego i upolowane przez siebie sztuki dobrze płacił (20 zł, dla porównania pensja nauczyciela wynosiła 80 zł). Maksymcowi żal było patrzeć, jak Jaśnie Pan marnie strzela. Na polowania więc chadzał sam, a kiedy wypatrzył dużego kozła, strzelał. Nie chybiał. Tak zawsze miał w zapasie kilka sztuk ładnego poroża, a na potrzeby księcia wykonał makietę kozła. Podprowadzał Sapiehę, pokazywał zwierzynę, a książę strzelał. Wtedy ukryty w krzakach syn gajowego pociągał za sznurek i sztuczny koziołek się przewracał. Książę nawet nie fatygował się, aby obejrzeć zwierzę. Gajowy jeszcze tego samego dnia przynosił mu jedno z rezerwowych poroży i kasował zapłatę. Tenże Maksymiec przysłużył się też Dominikowi Wojtuchowi. Wskazał miejsce, gdzie można ustrzelić potężnego odyńca. Łowczy sprawił się znakomicie, już za pierwszym razem trafił zwierzę w serce. Tusza dzika ważyła 176 kg. Mięso zawieziono do właściciela restauracji w Tomaszowie Lubelskim. Dominik Wojtuch pieniędzy nie wziął. W zamian karczmarz otworzył kredyt na napitki dla myśliwych. Radości z tego powodu było co niemiara.
Zamojszczyzna to raj dla amatorów polowań na sarny. Jak wynika z danych Polskiego Związku Łowieckiego, w naszym regionie żyje ok. 11 tys. saren (tylko w ubiegłym roku odstrzelono 2,3 tys.). Na trofeum mogą liczyć też ci, którzy zamierzają zapolować na jelenie. Tych mamy ok. 100, rok temu odstrzelono ok. 300. Niestety, coraz trudniej u nas o zająca. Według danych, jakimi dysponuje łowczy Dominik Wojtuch, prezes zarządu okręgowego PZŁ w Zamościu, na Zamojszczyźnie żyje ok. 11,5 tys. szaraków. - To bardzo niewiele - ubolewa łowczy Wojtuch. - Jeszcze jakieś dziesięć lat temu było 100 tys. zajęcy. Co się z nimi stało? Jak wyjaśnia Dominik Wojtuch, głównych przyczyn tak drastycznego zmniejszenia liczby zwierząt należy upatrywać w stosowaniu przez rolników środków chemicznych (opryski). Czyli zające zostały po prostu wytrute, nieumyślnie, ale jednak. Każdego roku niemało szaraków kończy swój żywot w czasie sianokosów czy żniw (pod kosiarkami i kombajnami). - Naturalnymi wrogami zajęcy są też lisy, wilki i psy - mówi łowczy Wojtuch. - Staramy się jednak, aby zajęcy było więcej. Sprowadzamy je z innych regionów. Idzie ku lepszemu, ponieważ rolnicy już nie stosują takiej ilości nawozów sztucznych i środków ochrony roślin.
Adam Jaworski Dziennik Wschodni 30.05.2006
|
|
|
|
|
|
|
Licznik odwiedzin |
|
Odwiedziło nas: 1630544 odwiedzających
|
|
|