Strona główna arrow Etnografia arrow Ogrody z kolorowej bibuły
| niedziela, 25 lipca 2021| Imieniny obchodzą: Jakub, Krzysztof, Walentyna|
 
 

Lokalna Organizacja Turystyczna ROZTOCZE

Turystyka
Informacja turystyczna
Noclegi
Noclegi -rezerwacje (cały świat)
Agroturystyka
Gastronomia
Szlaki rowerowe
Szlaki piesze
Spływy kajakowe
Stadniny koni
Ścieżki Edukacyjne
Rozkłady Kolej, PKS, BUS
Biura turystyczne
Organizacje
Grupa PGR
Menu witryny
Strona główna
O serwisie
O regionie
Wydawnictwa
Przewodnik
Roztoczańskie tematy
Atrakcje
Etnografia
Ekologia
Galeria zdjęć
Szukaj
Kontakt
Linki
Księga Gości
Mapa serwisu
Z poradnika grafomana
Mapy miejscowości
Zamość
Szczebrzeszyn
Zwierzyniec
Krasnobród
Susiec
Tomaszów Lubelski
Kultura
Zamość i Roztocze

Prezentacja
Advertisement
Ogrody z kolorowej bibuły Drukuj
Nie żyje już żadna z rumianych dziewczynek, towarzyszących ośmioletniej Leosi do pierwszej komunii. Zmarły śniada Marysia, złotowłosa Kasia i figlarna Antosia. Wszystkie odeszły. Nie ma co się dziwić, przecież komunia była w 1920 r., tuż po pierwszej wojnie światowej. Gdyby zrobiono im wtedy zdjęcie, stałyby w równym rządku z księdzem pośrodku, z rączkami złożonymi do modlitwy. Ale nikt takiego zdjęcia nie zrobił.
Pani Leokadia Komornik, twórczyni ludowa, autorka licznych wierszy i sztuki teatralnej o
zwyczajach wiejskich, pamięta jednak wszystko doskonale. Tak człowiek zatacza koło i pod koniec życia powraca do własnego dzieciństwa, by odkryć je na nowo. -Człowiek na brzeżku jest i musiał już dawno pokoik na cmentarzu sobie wyrychtować.
Pani Leokadia mówi z przekonaniem, że ja, która jej słucham, zrozumiem ją dopiero, kiedy
poznam naturę czasu, kiedy poniedziałek będzie doganiał niedzielę, a dzień będzie mijał za dniem, jesień za jesienią...
O tym, że czas inaczej płynął dawniej, a inaczej płynie dziś rozmawiała już z wieloma ludźmi
i wszyscy się z jej opiniami zgadzali. Pani Leokadia nie zna teorii względności i już jej raczej nie pozna, skończyła pięć klas w przedwojennej szkole powszechnej i do wielu rzeczy dochodziła własnym rozumem.
Wiejska poetka urodziła się w 1912 r. w Teodorówce, całe życie spędziła w Podborczu, we wsi położonej na Roztoczu, nieopodal Szczebrzeszyna, między
Radecznicą a Gorajcem. Z nostalgią wspomina młodość, ale wie, że nie można uciec od starości. Na dobrą sprawę jest już dłużej stara niż była młoda i kiedy wspomina 70. urodziny, wybucha radosnym śmiechem: -Toż ja wtedy fruwałam!
Dnie i noce Leokadii Komornik są do siebie bliźniaczo podobne. Wstaje po 6.00 i długo nie
może się podnieść z łóżka. Modli się, gotuje i znowu się modli. Potem coś zjada i siada do roboty. Jak tylko kwiaty zakwitają za oknem, ona robi swoje z bibuły i kolorowego papieru. Kiedyś stroiła nimi kościoły, kapliczki i święte obrazy. Dziś nikt już tak nie ozdabia wnętrza świątyń.
Kwiaty zrobione przez panią Leokadię mają w sobie niezwykły urok, ustroiła nimi całe
mieszkanie — w oknie stoją chabry, w rogu georginie, dalej piwonie, delikatne narcyzy, wreszcie całe ukwiecone gałęzie jabłoni i wiśni. Zebrała w swoim pokoju wszystkie kwiaty wiosny i lata. Ma tu bujny ogród i nawet woli ten zrobiony przez siebie z bibuły od prawdziwego. Pośród tego bogactwa kolorów i gatunków widnieje figura św. Antoniego. To ważna postać w jej życiu, bez niego zupełnie nie mogłaby się dziś obejść, wciąż jej coś ginie i przepada.
Pewnego dnia odwiedziły ją dzieci ze szkoły w Czarnymstoku. Ona tłumaczyła cierpliwie, że
narcyz powinien mieć 6 płatków, ma być z białej bibuły, środeczek musi być żółty, a brzeg płatków trzeba pofarbować na czerwono. Dzieci nie chciały się jednak uczyć, biegały beztrosko po starym sadzie. Tylko nauczyciel kręcił kwiaty w ręku. Tradycja zanika — dla artystki ludowej to żadna nowość. Prezentowała swoje prace w Kawęczynku, Szczebrzeszynie, Zamościu. Nikt tam takich nie robił.
W listopadzie 2005 r. jej prace pokazali Anna i Stanisław Jachymkowie w Zagrodzie w Guciów.
Na wernisaż przyjechało dużo ludzi z miasta, byli dziennikarze, którzy robili zdjęcia wyszywanym serwetom i kwiatom. Ale Leokadii nie było. Od dawna nie opuszcza już swojego domu, który próchnieje i chyli się ku ziemi.
Dom jest jak przyjaciel, wciąż żywy świadek minionych zdarzeń. Pamięta narodziny dzieci,
blaski i cienie małżeńskiego życia, śmierć męża. Pani Leokadia prowadzi mnie do obszernego pokoju i pokazuje przegniłą podłogę, zawilgocone ściany. -A to już i tak trzecia podłoga — wzdycha. — W człowieku już wszystko próchnieje, jak w tym drzewie i jak ten dom powoli umiera.
Duży pokój, w którym niegdyś toczyło się życie rodzinne, jest opuszczony i samotny. Ozdobne
bukiety stoją na bardzo starych meblach, ze ścian patrzą przedwojenne monidła. Na jednym z nich dziewczyna z włosami ułożonymi w fale kusi bladym różem ust. W pokoju jest też sofa przykryta haftowanym obrusem i poduszkami. Święte obrazy i gipsowe figurki wtulają się w kolorowe kwiaty z bibuły. Śpią tu lalki, krakowianka z cekinami i dwa bobasy o dorosłych twarzach. Teraz siedzą zrezygnowane na swoich krzesłach. Nikt się nimi nie bawił od dobrych czterdziestu lat.
Dziś zdarzył się szczególny wypadek — pani Leokadia zgubiła różaniec. Miała go od młodych
lat. Przeszukała gruntownie cały pokoik, zajrzała pod łóżko (co wcale nie było łatwe), pomodliła się do św. Antoniego, a różaniec — jakby go diabeł ogonem przykrył. Rozmawiamy, ale ona cały czas myślami jest przy swojej zgubie. -Ja już chybam niegodna, żeby znaleźć — mówi ze smutkiem i nie zwraca uwagi na okrzyki zachwytu, jakie wydaję, oglądając motywy roślinne na aksamitnych makatach. — To znak, że będę umierać.
Odnajduję różaniec przypadkiem słuchając, jak śpiewa drewniany, malowany słowik, który
twórczyni ludowa dostała w prezencie od wnuczki. Pani Leokadia rozpromieniona i szczęśliwa nie ma wątpliwości, że zostałam tu przysłana przez św. Antoniego. W jej świecie nic nie dzieje się bez przyczyny.
Kwiaty, obrusy i poduszki haftowane przez wiejską artystkę słyną w całej okolicy. Niedawno
dostała specjalne zamówienie. Przyszedł list z Ameryki od Janki. -Już dawno słuch po niej zaginął, to koleżanka mojej córki Tereski — wyjaśnia.
To dla niej pani Komornik wyszyła nocną koszulę, a teraz zdobi obrus i poduszki. Janka
mieszkała kiedyś w sąsiedztwie. Kiedy straciła dziecko, pani Leokadia ustroiła małą Grażynkę w trumnie. Nikt piękniej od niej nie umiał wyprawić człowieka w ostatnią drogę. Na pogrzeb przyszły jedynie dzieci ze szkoły i najbliższa rodzina.
-Dziś te dzieci dawno pożenione. Wtedy ojciec zmarłej przyniósł pudło cukierków, to sobie na
pogrzebie ponabierały, a co zostało, Grażynce do trumny wrzucił — wspomina minione wydarzenia.
Kiedy Leokadia Komornik wyszywa albo tnie ostrymi nożycami bibułę na paski, wspomina dawne
lata, patrzy, jak zmierzch okrywa pola, słucha wiatru rozgarniającego gałęzie śliw i jabłoni, wraca do radosnego czasu świąt.
-Ja jeszcze niemi żyję, temi dawnemi obyczajami. Cały adwent się cieszyliśmy, że będzie
wigilia, uczyliśmy się kolęd. Przy każdym domu była zagata, na niej stawiało się latarnię i kantyczki. Jak ktoś nie miał pieniędzy, to stukał w okno, żeby nie śpiewać.
Teraz Leokadia Komornik nie lubi świąt. Dzieci ją do siebie wołają, ale tam hałas, telewizor
gra, a ona zaraz się boi, że się coś strasznego wydarzy. Woli sama u siebie zostać. Jak się za bardzo upiera, to przychodzą do niej z nakrytym stołem. Święta straciły dla niej dawny blask, nikt już na choinkę ozdób sam nie robi, ludzie wieszają gotowe i wszystkie drzewka we wsi takie same. W rodzinnym domu pani Leokadii pachnąca lasem choinka trzymała na swych gałęziach jabłka, orzechy, słomiane łańcuchy, kolorowe koszyczki. Musiał być też napis z jedliny „Gloria in exencis Deo". -Wolałabym zostać na święta bez placka niż bez własnych ozdób i kwiatków, ale przecież i na jedno i na drugie starczało czasu.
Ksiądz Michał Radej z Gorajca zna swoją parafiankę z dawnych lat. Choć jest już na
emeryturze, przyjeżdża do Podborcza raz w miesiącu z posługą dla chorych. Rozmawiają o przeszłości, o tym, jak pomagała przy zakładaniu parafii, jak ludzie kościół budowali. Artystka wyszyła wtedy chorągwie, ozdobiła pierwsze kościelne ornaty. Procesja wyszła z jej chaty i szła do kościoła, chorągwie trzepotały na wietrze. -W 1957 r. powstała tutaj parajia, wszyscy się do tego bardzo przygotowywali. Ona wtedy wyhaftowała chorągwie, ozdobiła je napisami z wezwaniem do Matki Boskiej, św. Antoniego, św. Wojciecha, pięknie je przyozdobiła. Długo nam potem służyły — wspomina pierwszy proboszcz Gorajca. — Robiła też serwetki pod lichtarze, obrusy.
Wiersze Leokadii Komornik, spisane na luźnych kartkach kształtnym, okrągłym pismem, mówią o
codziennych radościach i troskach.
Jest w nich zachwyt dla otaczającego ją świata, ból, modlitwa. W prostej formie zamyka
poetka obraz rodzinnej wsi, snuje refleksje o przemijaniu. Pisze: „I tak przemija dzień po dniu/ A gdy ucicha śpiew słowika/ Gdy słońce ziemi dotyka/ I w nocne cienie składa promienie/ Z oczu nam znika do snu".
Wiersze pani Leokadii, napisane z okazji świąt kościelnych, komunii 1 odpustów recytowały
dzieci podczas wiejskich uroczystości. Wiele z nich przepadło. Wydania doczekały się spisane i opracowane przez nią zwyczaje i  obrzędy „Gody zamojskie".
Pani Leokadia otula zziębnięte nogi i zabiera się do robienia kwiatów. Tym razem będzie to
bukiet malw dla znajomej. Choć rzadko wychodzi z domu i nawet do sklepu nie zagląda, wciąż ją ktoś odwiedza. Ludzie pamiętają o niezwykłych zdolnościach ludowej artystki. -Dopókim mogła, tom jeździła, gdzie mnie prosili. Pokazywałam kwiaty, serwety, pisanki, a wszędzie mnie lubiły, bo jam taka była bajeczna.

Eliza Leszczyńska-Pieniak

. Autorka jest dziennikarką piszącą o kulturze, polonistką w III LO w Zamościu.

Zamojski Kwartalnik Kulturalny
Nr 3-4 (88-89) 2006


Biuro Turystyczne QUAND - wycieczki na Ukrainę, po Roztoczu

roztocze sklep księgarnia mapy przewodniki ukraina lwów

Pogoda na Roztoczu
Informacja Tur.

Współpraca

Roztocze na FB
Media


Księgarnia
Reklamy
Kliknij tu...
Kliknij tu...
Licznik odwiedzin
Odwiedziło nas: 12225928 odwiedzających
 
Góra Góra