|
Susiec. Skarbem gminy są lasy, ale nie tylko... W całym tomaszowskim powiecie nie ma takiej drugiej gminy jak Susiec. Ponad połowa terenów to lasy. Dwa razy więcej niż średnia powiatowa i dwukrotnie więcej od średniej wojewódzkiej. To w sumie ponad 10 rys. hektarów pięknych lasów, w większości Parku Krajobrazowego Puszczy Solskiej, a wśród nich takie perełki, jak ścisły Rezerwat Krajobrazowy „Nad Tanwią" - okrzyknięty przez czytelników „Rzeczypospolitej" jednym z przyrodniczych cudów naszego kraju. Jest też Ścisły Rezerwat Krajobrazowy „Czartowe Pole". Z lasów gmina żyje i dlatego tworząc strategię rozwoju stawia głównie na turystykę.

Na razie turystyczna baza gminy komfort turystom zapewniała w lecie, ale zaczyna się to zmieniać. Szczególnie teraz, w piękne jesienne dni, Susiec przeżywa drugi najazd turystów. Tym razem ciągnie ich tu możliwość grzybobrania.
Do tej pory z grzybami nie było najlepiej. Ale ostatnio mamy prawdziwy ich wysyp, to i zaroiło się w susieckiech lasach. Grzybiarzy najbardziej cieszą borowiki oraz - jakże lubiane przez smakoszy - rydze. Ośrodki na powrót zapełniły się przyjezdnymi. Ale przybywają oni do Suśca nie tylko po grzyby. Amatorzy mocnych przeżyć coraz częściej przyjeżdżają po... adrenalinę. Jak już wspominaliśmy na naszych łamach, w Ośrodku Wczasowym „Roztoczanka" firma „Mix" ze Stalowej Woli zbudowała na terenach ośrodka i nad przyległym do niego zalewem tzw. „małpi gaj". Tutaj w Suścu nazwanym „Roztoczolandią". Nazwa trudna do wymówienia, ale też i jego pokonanie do łatwych nie należy. Cały ten wymyślny tor przeszkód umieszczony jest na drzewach na wysokości 6 i więcej metrów. Do drzew umocowano szesnaście podestów połączonych wymyślnymi linowymi (i nie tylko) połączeniami. Początek niby prosty. Wychodzi się na podest z więzy widokowej i trzeba dojść do drugiego po poprzecznych szczeblach, rozmieszczonych skośnie na stalowych linach. Gdy to mamy zasobą, czeka nas przejście po zawieszonych na linach, swobodnie zwisających, a przez to ruchomych palach, do kolejnego podestu. Dalej, pokonanie ponad 60-metrowego odcinka nad zalewem i kolejne wymyślne przeszkody, aż do tej ostatniej - zjazdu „kamikadze" po linie, na powrót do punktu wyjścia.
Oczywiście, całą tę trudną trasę odpowiednio zabezpieczono. Każdy przechodzący, obowiązkowo zapięty jest karabińczykiem przymocowanym do leży - liny asekuracyjnej. Przechodzi się w grupach po kilka osób i zawsze na końcu stawki idzie instruktor od wspinaczek linowych. Jeszcze niedawno takim zajęciem trudnił się alpinista Wojciech Wiwatowski. Ostatnio ośrodek doczekał się swojego instruktora, który - po pomyślnie zdanych egzaminach - dba o bezpieczeństwo na „Roztoczolandii" Jest nim najmłodszy syn właściciela ośrodka, Piotr Naklicki.
O skali trudności tej linowej trasy świadczyć może to, że na jej pokonanie potrzeba ponad 35-minutowej mordęgi. I to tym najlepszym, a przy tym odważnym „zawodnikom". Zdarzały się już przypadki ściągania wiszącego na linach amatora mocnych przeżyć, którego sparaliżował po prostu strach.
Ośrodek „Roztoczolandia", chociaż trudny, ma wielu zwolenników. Przy słonecznej pogodzie wielu grzybiarzy, po porannych spacerach w lesie, popołudniami sprawdza się właśnie na tych linach i przeszkodach. To jest po prostu raj dla odważnych, a przy tym kolejna propozycja dla turystów. Jakie będą następne? Trudno jeszcze przesądzać, ale coraz częściej mówi się o wyciągu narciarskim.
Tekst i foto: MAS
Tygodnik Tomaszowski Nr 43 z 27 października 2008 r.
|