|
Jak to trzy zielone szczypiorki wybrały się na VIII Ekstremalną Imprezę Na Orientację - SKORPION - Batorz 20-22.02.2009
Stąd zaczyna się relacja by terro (Bartek). W drugiej części strony relacjonuje Halson (Michał).
Pakowanie trwało długo. Dopiero koło północy skończyliśmy. Potem do łóżeczka i szybkie spanie. O 3.30 pobudka, kawka, lekkie „śniadanie” i do samochodu. Podskoczyliśmy po Halsona i wyjechaliśmy przed 5.
| Po drodze było tak: | ... i tak | |  |  | | | | | | | | | | | Na trasie do Batorza w Otroczy spotkaliśmy się z Januszem... | ...obok tego krzyża... | ...w takiej okolicy. |  |  |  | | | | | | | | | | W bazie (Batorz – GOK) udaliśmy się do rejestracji uczestników. Dostaliśmy spis punktów kontrolnych. | Potem była odprawa techniczna | |  |  | |
Na 5 min przed startem dostaliśmy mapę (1:50 000) z lat 70-tych z zaznaczonymi punktami kontrolnymi (na mapie niebieskim kolorem zaznaczyłem przybliżony ślad naszego marszu) 
W oczekiwaniu na start
No to jak czekamy na start to może trochę o całej imprezie. Rozgrywana jest na dwóch dystansach (mierzone najkrótszą drogą, ścieżką, lub linią terenową): 100 km (start w piątek o 20) i 50 km (start w sobotę o 8). My byliśmy na 50-tce. Na 50-tce były takie kategorie: - TS mężczyźni - seniorzy (pow 20 lat) - ponoć 52 osoby. - TS kobiety - seniorki - 5 kobiet - TJ juniorzy - 6 osób - TSmix - seniorzy pary (mężczyzna + kobieta) - 11 par Na mapie: PK - punkt kontolny ZS - zadanie specjalne Halson startował w kategorii TS50 Ja i Basia TSmix50
Wystrzał z pistoletu i ruszyliśmy na początku wszyscy uczestnicy razem. Grupa podzieliła się na 2 części. Część poszła z bazy w kierunku północnym, my poszliśmy na południe, by za moment skręcić w kierunku wschodnim. (tu przedostatni raz widzieliśmy się z Januszem - ostatni raz Janusz nas widział kiedy wracał już samochodem do domu, a my wracaliśmy do bazy) Dla wnikliwie czytających - najlepiej otworzyć mapę w nowym oknie i śledzić palcem w miarę czytania relacji
 |  | | | | | | | | | | | | | | marsz na PK1. Słoneczko jak widać dopisało | i taaaakie widoki... | | Przed nami - tramwaj do stacji PK1 |  |  |  |  | | | | | | | | | | | | Pierwszy punkt kontrolny zdobyty po 45 minutach marszu. Humory nam dopisują. | | | |  | |  | |
Było trochę problemów ze zlokalizowaniem tego punktu, szukaliśmy i szukaliśmy, okazało się że organizatorzy nieco pomylili się z jego rozmieszczeniem. Punkt był przesunięty o ok. 200 m (na mapce to widać - nieco na północ na tym czerwonym okręgu)
| Teraz kierujemy się do PK2. Przez las, po litym śniegu, pod górę... | ...było na prawdę ciężko. |  |  | | | | | | | | Ale kiedy wyszliśmy na skraj lasu (na mapie obok punktu wysokościowego 305,5 m) było znowu weselej. | Nawet sobie fotę cyknęliśmy ze spotkanymi uczestnikami |  |  |
Potem szliśmy na przełaj przez pola przez ok. 1 km w kierunku wąwozu z PK2. PK2 był na dole wąwozu w jego rozwidleniu. Osiągnęliśmy go o czasie 1h30m. A wg rozpiski z punktami kontrolnymi był to dopiero czwarty kilometr.
| Wyszliśmy z wąwozu i dumamy - w jaki sposób dostać się do PK3 | I tutaj większość grupy poszła chyba przez Czerwoną Górę. My natomiast postanowiliśmy minąć ją od południa i wziąć PK3 od zachodu. | Tak las wygladał z góry |  |  |  | | | | | | | | | | Po drodze krótka sesja fotograficzna | | |  |  | |
PK 3 osiągnęliśmy o godz. 10.40 (2h40m). Potem udajemy się do PK4. Mały fragment przez pola na północ i potem skrajem lasu na wschód. Telefon dzwoni, to Janusz. Mówi, że jest na PK3. Byliśmy ok 500m od siebie.
Do P4 dość łatwo trafiliśmy (3h30m). Gorzej było z PK5. W ogóle nie mieliśmy pomysłu którędy tam iść. Postanowiliśmy iść na północny-wschód by zobaczyć co się stanie dalej. Mieliśmy nadzieję, że będzie jakaś dróżka widoczną na mapie przecinką leśną w kierunku południowo wschodnim. ...niestety nie było. W takim razie idziemy na azymut przez las na przełaj i pod górkę. Na początku nawet nieźle nam szło, ale potem zaczęliśmy omijać przeszkody terenowe, co doprowadziło do dezorientacji w imprezie na orientację (co widać po trasie naszego przejścia - do tej pory nie jestem pewien, czy szliśmy tak, jak to zaznaczyłem na mapie )
| Aż tu nagle... wąwóz (PK5 był standardowo w rozwidleniu wąwozu na dole). | Uradowani schodzimy do niego... |  |  |
Tyle, że to nie ten wąwóz jak się później okazuje. Idziemy dnem wąwozu i idziemy, aż nam się wąwóz kończy a PK5 ani widu ani słychu. W końcu wychodzimy z niego i spotykamy samotnego uczestnika z trasy 100km. Pomaga określić nam nasze położenie. Pouczeni, kierujemy się na wschód do PK5, gdzie czeka na nas zadanie specjalne nr 1. A było nim strzelanie do baloników z wiatrówki. Mnie i Basi udało się ustrzelić 3/6 baloników (jakieś takie pancerne były). Halson ustrzelił 2/3. Czas 5h17m.
Po zaliczeniu ZS1 zdecydowaliśmy, że odpuszczamy sobie PK6 i idziemy prościutko na południe do PK7. Jak trafimy na wąwóz (na mapie na południe od napisu Lasy Chłopskie) to do PK7 będzie jak po nitce do kłębka. No to idziemy, trafiamy na wąwóz, wąwozem idziemy na wschód, w jego rozwidleniu skręcamy na południowy zachód. Wszystko gra. Tyle że to rozwidlenie jakies takie krótkie, a miało do samego PK7 prowadzić. Chwila zadumy i... niech to szlag. Zorientowaliśmy się, że znowu jesteśmy nie w tym wąwozie co trzeba. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Skoro znaleźliśmy się tak blisko PK6, to postanowiliśmy go zaliczyć. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo (jak się później dowiedzieliśmy) opuszczenie punktu kontrolnego powodowało zaliczenie do klasyfikacji tylko punktów, które zaliczane były w kolejności. A pozostałe punkty można sobie było zdobywać już tylko dla własnej satysfakcji. W każdym bądź razie PK6 (po niemałych problemach - co widać na mapce) zlokalizyśmy o godz. 15.10 (7h10m)
Z PK6 wróciliśmy się tą samą drogą tym razem bez problemu trafiliśmy na wąwóz z PK7. Tym razem było zgodnie z planem - po nitce do kłębka. W PK7 czekało na nas ZS2, a było nim przejście mostem linowym. Akurat była kolejka, więc postanowiliśmy upiec sobie kiełbaski na ognisku obsługujących zadanie. (w fotorelacjach z zeszłego roku wyczailiśmy, że obsługujący zadania specjalne dla ogrzania się palą sobie ogniska, więc przed wyjazdem kupiliśmy sobie kiełbaski - ale z nas spryciarze )
Ależ późno się zrobiło... Idę sobie coś do picia zrobić, bo mi w gardle zaschło od tego pisania. Ciekaw jestem czy w ogóle komuś zechce się to czytać... Tak czy siak, fajnie mi się pisze A propos właśnie picia... (i jedzenia też). Janusz mówił "jak najmniej kanapek, jak najwięcej snickersów". Pomyślałem "jak to?" Wiem, że można lubić słodycze, ale ja do tych nie należę. No i wzięliśmy każdy ze sobą po 3 kanapki. Zjedliśmy przez calutki dzień 1 (słownie: jedną) kanapkę wychodząc z PK3. Jednak Janusz wiedział co gada. Na szczęście mieliśmy i snickersy, i owoce suszone, i czekoladę (wszystko za radą Janusza), i batoniki z płatków owsianych (kiedyś kiedyś, kiedy trenowałem kolarstwo górskie, w gazecie rowerowej wyczytałem, że są dobre). A chodzi o nic innego, jak o węglowodany, i to nie takie bylejakie, ale te, które po zjedzeniu szybko zamieniają się w energię, którą mogą wykorzystać nasze mięśnie. No a co do picia...? Janusz mówił: "Jak najwięcej czegoś ciepłego, najlepiej herbaty z cytryną. Ale nie wypijcie wszystkiego od razu, ile się da zostawcie sobie na wieczór". To akurat wzięliśmy sobie do serca i to dosłownie. Mieliśmy ze sobą łącznie (ja, Basia, Halson) trzy termosy z herbatą, 1l soku pomidorowgo i 1,5l wody. Uzupełnianie płynów zaczęliśmy na przemian od soku pomidorowego i wody. Sok skończył się gdzieś przed PK3. Pierwszy raz herbatę otworzyliśmy do popicia tej kanapki ok godz. 11. I tu wielki ZONK. Termos, okazuje się, nie trzyma temperatury (a był to nasz największy termos ). Herbata była już wtedy ledwo ciepła. Postanowliśmy teraz pić z tego termosu dopóki się nie skończy, aby te resztki ciepła w siebie wchłonąć.
Skończyłem na dotarciu do PK7 i pieczeniu kiełbasek. Łącznie byliśmy tam 1-1,5h. Tyle trwało oczekiwanie na swoją kolejkę, by móc przejść most linowy. Ci co byli przed nami, mówili, że stoją już ponad 2h. A takie stanie w bezruchu zabija chłodem. Kiedy się idzie non stop - nie czuje się zimna, a nawet jest przyjemnie ciepło. Ale kiedy stanie się choćby na 30s, od razu zaczyna robić się zimno. I to takie strasznie przeszywające zimno - wiadomo, człowiek spocony, mokry... Czekając tak na swoją kolej, przeskakiwaliśmy z nogi na nogę... No właśnie, tak piszę o podskakiwaniu i oczami wyobraźni widzę buty. Janusz mówił: "Dobre buty to podstawa, oczywiście dobrze zaimpregnowane" Butów typowo trekkingowych akurat ja nie miałem, ale znalazłem na strychu, jeszcze z czasów takie wojskowe "trapery". Były w strasznym stanie, doprowadziłem je do porządku, zaimpregnowałem i było ok. ...Ale tak mniej więcej do PK4. Gdzieś między PK4 a PK5 na czubie buta zaczęła podeszwa oddzielać się od reszty. Efekt był taki, że w powstającą szparę, dostawał się śnieg, a ten (jak to śnieg) topił się i wilgoć poprzez szwy przedostawała się wprost pod moje palce. Prawdę powiedziawszy, jest się cały czas w marszu, to tak za bardzo tego nie czuć. Ale stanąć na kilkadziesiąt sekund, i potem ruszyć, to przez pierwsze minuty było tylko "chlup, chlup"
Dobra, wracamy do tego PK7, bo się dłuży jak podczas stania w kolejce na pzejście przez ten most. No to przechodzimy: najpierw ja
| Potem Basia | I Halson |  |  |
Uradowani, że w końcu możemy się ruszyć, poszliśmy jak konie po betonie w kierunku PK8. Był to chyba najłatwiejszy punkt (dobrze że chociaż jeden się taki znalazł). Wystarczyło dojść do drogi Otrocz - Tokary (patrzymy na mapkę). PK8 to drzewo na szczycie wzniesienia - z drogi było już widoczne więc prościutko przez pole na górkę i pod drzewo. Po drodze do drzewka zaczęło się ściemniać. Przy PK8 byliśmy ok. 18.27 (10h27m). Było już prawie ciemno. No i teraz konsternacja, co robić dalej? Nigdzie dalej nie zajdziemy, zwłaszcza, że w naszym 3-osobowym teamie z nawigacją cienko (co dało nam się we znaki przy odcinkach PK4-PK6). Do PK9 trzeba iść w las, i to po ciemku - czyli odpada. Limit czasu mamy do 22 (czyli 14h), więc jeszcze za wcześnie by wracać. Podjęliśmy decyzję, by dostać się do PK10. Czyli dojść do drogi (patrzymy na mapkę) i cały czas drogą do Huty Turobińskiej, tam skok w bok i jesteśmy przy PK10. Potem nazat i lecimy do bazy. Gwoli wyjaśnienia - wiedzieliśmy już, że punkt ten i tak nie zostanie nam uznany, ponieważ będzie nam brakowało PK9. Zdecydowaliśmy się zrobić to dla własnej satysfakcji.
Z PK8 dochodzimy do drogi i poraz kolejny pojawia się wielka chęć rzucenia tego wszystkiego i wracania do bazy. Drugi termos herbaty został juz wypity, Wody zostało niewiele, w dodatku była chrupiąca (bo z kostkami lodu). No i tak stoimy na drodze, patrzymy na mapę i dumamy. Mam już naprawdę dość tego łażenia, jest ciemno, robi się coraz zimniej, w butach chlupocze chyba nam wszystkim. OK, myślę - zmieniam taktykę - proponuję, by jednak iść na PK9, mając nadzieję, że ktoś - Basia lub Halson zaproponuje jednak powrót do bazy, wtedy powiedziałbym "OK, niech będzie" ale w duchu wielce zadowolony. Oni jednak upierali się przy PK10, ręce mi opadły. No ale skoro oni jeszcze mogą i chcą, to ja też. Tyle że to PK10..., logicznie to nie było sensu tam iść. W końcu wspólnie zadecydowaliśmy, że spróbujemy zaatakować PK9. A więc do boju, łyk herbatki z boską cytrynką i to w dodatku jeszcze bardzo ciepłej, latarki czołówki na głowę, odblaski na ręce, migające czerwone światełka na plecak, i idziemy drogą wgłab wsi Tokary. Po drodze przegryzamy sobie suszone owoce dla dodania sił.
No ale jednak idziemy na to PK9 (żałowałem, że w ogóle się odezwałem z tym pomysłem) ale jak się popiło troszkę tej cieplutkiej herbaty, to mi przeszło. Będąc już w Tokarach, wypatrywaliśmy drogi w lewo, którą byśmy prościutko poszli prawie na północ, by potem sobie skręcić na wschód ku PK9. Ale wyobraźcie sobie coś takiego. Na mapie droga ładnie pięknie widoczna, skręcamy w lewo, idziemy ze 100-200m, i okazuje się, że to droga do czyjegoś gospodarstwa. W tył wzrot, idziemy dalej, skręcamy w kolejną taką dróżkę... i znowu to samo. (ze względu na noc, to czego nie widzieliśmy, musieliśmy nadrabiać nogami) Wkońcu trafiliśmy na tą dróżkę co nam trzeba było. ale po kilkuset metrach zorientowaliśmy się po wysokich ścianach "wąwozu", że to nie ta droga. (patrzymy na mapkę, na napis Tokary, jest ładna dróżka na północ, w którą chcieliśmy wejść, a weszliśmy w tą dróżkę po prawej ciągnącą się łukiem ku północnemu-zachodowi). Ale nie, tym razem się nie wracamy, tylko idziemy dalej, w końcu ta też prowadzi do celu. Idziemy tak tą drużką (jeśli tak można nazwać zasypane śniegiem, ledwie widoczne znaki, że w pozostałe pory roku prowadzi tędy droga). Dochodzimy do krzyżówki z tą dróżką, w którą najpierw chcieliśmy wejść i trafiamy na mnóstwo śladów - oczywiście są to ślady innych uczestników, którzy przy PK9 zapewne juz byli.
Zapomniałem wspomnieć, w momencie kiedy szukaliśmy dróżki do PK9 dzwonił Janusz i pytał gdzie jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, że lecimy na PK9. Janusz był chyba nawet zaskoczony, ale szczerze nam gratulował zapału i ambicji. Bardzo nam to pomogło i dodało otuchy. Dzięki temu czuliśmy się jakbyśmy biegli do tej dziewiątki, choć w rzeczywistości to nogi się za nami ciągnęły. A Janusz juz wracał z PK12 do bazy. Trafienie do PK9 po śladach innych uczestników imprezy okazało się dziecinnie proste, nawet w ciemną noc. Ale jakby nie było - było to męczące. PK9 zostało zaliczone ok. 19.30 (11h30m) i z PK9 tak jak przyszliśmy, ruszyliśmy spowrotem do drogi, ale bacząc, by wrócić już nie tą łukowatą dróżka, a tą prostą (gdzie napis Tokary na mapce). Udało nam się. Ale wcale nie było to dobre. O ile tą łukowatą dróżką całkiem fajnie się szło, to w tej krótszej musieliśmy brodzić po kolana, a gdzieniegdzie i po uda w śniegu. Na drodze byliśmy spowrotem ok. 20.20 (12h20m)
No i nie pozostaje nam nic innego, jak iść w kierunku bazy, co czynimy po wypiciu po parę łyków herbaty z ostatniego termosa, który nam został. Sami siebie okłamujemy, że to tylko jakieś 6km i za jakąś godzinkę będziemy na miejscu. W uszach mi dzwoni głos Janusza, który mówił (w tej samej rozmowie, w której dodał nam tyle zapału), że jakby co, jakbyśmy nie dawali rady to dzwońmy, przyjedzie po nas i nas ściągnie. A może ktoś będzie przejeżdżał, złapiemy wtedy stopa i podjedziemy... Przecież już nikt z nas nie daje rady (choć nikt o tym na głos nie mówi). No i ciągle ten głos Janusza - jakby coś, zadzwońcie, przyjade... Tyle, że podwiezienie równe jest z dyskwalifikacją... przemagamy się i idziemy, i w myślach przeklinamy cały ten poroniony pomysł z marszem na orientację... Za Tokarami wyprzedza nas para z TSmix'a. Mają zaliczone 10 punktów. My, jakby nie było, mamy 9. Dumni z siebie idziemy przed siebie
Dzwoni Janusz, mówi że już zjadł i zaraz wyrusza w drogę powrotną do domu. Kurcze, a może... skoro i tak jedzie w naszą stronę, to nas weźmie i zawiezie do bazy. ...no tak, ale to by była dyskwalifikacja. Ale najgorsze było to, że cały czas przychodziły nam do głowy takie myśli, że inni tak właśnie robią, że ktoś ich po cichaczu podwozi, może nie pod samą bazę, ale w pobliże, i do bazy dochodzą już na piechotę, więc czemu my nie mielibyśmy skorzystać... tym bardziej, że migające światełka tej pary, która nas wyprzedziła, jakoś zadzwiająco szybko znikła nam z oczu... Z Januszem spotkaliśmy się na początku Otroczy. Opowiadał nam, jaką to przepyszną obiadokolację dają na miejscu (była w ramach wpisowego, ale podają tylko do północy), z takim pysznym kompotem (a u nas w termosie już niewiele co). Rety, gdyby Janusz zapytał wtedy czy nas podwieźć, pewnie bez odpowiedzi byśmy wsiadali do samochodu. Ale nie zapytał... Więc idziemy dalej. Przez prawie całą Otrocz psy się za niami uganiały. Jeden był taki wielki, wstrętny, ciągle do nas podbiegał. Na szczęście jak mu się poświeciło po oczach to się oddalał, ale wystarczyło się odwrócić i już był bliżej niż poprzednio. Przez prawie całą Otrocz przeszliśmy w strachu przed tymi psami, ale się w końcu odczepiły. W Zdziłowicach wypiliśmy resztki herbaty, owoce skończyły się przy PK9, ale znaleźliśmy jeszcze 2 batoniki z płatków owsianych i snickersa, także mieliśmy co żuć. Droga od Zdziłowic ciągnęła nam się niesamowicie. Szliśmy w milczeniu, nieodzywając się do siebie, po prostu mieliśmy tego dość, ale za Zdziłowicami już nie było co spekulować, po prostu prędzej czy później musieliśmy dojść. Tylko dlaczego później a nie prędzej? Dlaczego to się tak wlecze? Dlaczego to tyle trwa? Wydawało mi się że z Tomaszowa do Zamościa bym zdążył szybciej przejść
W końcu widzimy światła pierwszych domostw, fajniej tak się idzie, kiedy się widzi gdzie się idzie. Ale idziemy i idziemy, no i gdzie ta tabliczka "Batorz".... no nie ma. Nie... zaraz... jest, krzyczę, że jest tabliczka "Batorz". Tylko, że gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że to tabliczka "Kol. Batorz 1" i dalej pusta przestrzeń... Na szczęście znowu widać światła domostw, znowu widać tabliczkę. Tym razem tą właściwą. Jesteśmy w Batorzu, snujemy się jak rupiecie przez miejscowość i szukamy na horyzoncie wieży kościoła (obok kościoła był GOK czyli baza). Jest, jest wieża... ale jak daleko Milcząc idziemy swoim żółwim tempem i marzymy o ciepłym piciu, jedzeniu, wodzie do mycia. Jesteśmy już przy kościele... i wyobraźcie sobie... wyprzedziło nas dwóch BIEGNĄCYCH chłopaków. Powtarzam BIEGNĄCYCH. To Ci sami co ledwo zdążyli na most linowy, co zamiast czekać w kolejce robili punkty. Ostatnio widzieliśmy ich pod drzewem przy PK8. My szliśmy do drogi, oni na PK12. Podejrzewam, że wracali z PK14, 15 lub nawet 16. Ale jakby nie było, oni BIEGLI...
Mimo wszystko, w końcu dotarliśmy do bazy o czasie ok. 15h23m. (godz. 23.23) Oddaliśmy swoje karty, z samochodu zabraliśmy śpiwory i torby z suchymi ubraniami, na sali znaleźliśmy sobie kątek i jeszcze w mokrych butach poszliśmy na kolację, bo zaraz zamykają. Wszystko nas bolało, nogi, uda, pośladki. Jak usiedliśmy, to ciężko było wstac o własnych siłach. A najbardziej to bolały nas ramiona. Normalnie paradoks, ale tak było. Po przejściu pieszo ok. 52 km (wyliczone metodą cyrkiel - linijka) najbardziej bolały nas ramiona. A jaki bolesne było jedzenie zupy... Zjedliśmy, humory od razu wróciły, choć wszystko bolało. Przebraliśmy się w suche ciuchy, (kto dał radę, nawet poszedł się umyć - brawo Basia ) pogadaliśmy jeszcze chwilkę czekając aż śpiwory wyciągnięte z bagażnika zagrzeją się w cieple. Położyliśmy się i chyba natychmiast zasnęliśmy. Słyszałem, już prawie przez sen, że kupę ludzi jest jeszcze w trasie.
(terro)
Teraz relacja by Halson
No to teraz parę słów i fotek ode mnie. Pakowanie skończyłem trochę wcześniej niż Bartek i Basia i ok. 22:00 leżałem już w łóżku. Budzik ustawiony na 03:30 nie był nawet potrzebny - przejęty startem w takiej imprezie obudziłem się parę minut wcześniej. Po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania już miałem wychodzić z domu, a tu sms od terro - nie spiesz się, już mamy 10 minut opóźnienia. Bez sensu było tak bezczynnie siedzieć w domu więc w końcu wyszedłem. I tutaj pierwszy zonk. Czekałem na nich chyba 15 minut, ale nie był to czas stracony - powoli przyzwyczajałem się do zimowych, mroźnych warunków.
Krótko po zarejestrowaniu się usiedliśmy w przedsionku GOKu i przygotowywaliśmy się na wymarsz. Nagle otworzyły się drzwi i wchodzi uczestnik trasy 100 km. Wbiegł na górę i za chwilę był już znowu w przedsionku z nową mapą. Przyglądałem mu się trochę dłużej żeby zobaczyć jak wygląda człowiek, który ma już za sobą 50 km marszu nocą i drugie tyle do pokonania. Oprócz tego, ze był cały pokryty szronem wyglądał całkiem normalnie - zupełnie jak człowiek.
Przejdę teraz trochę dalej, jako że terro zobrazował już początek "iścia". Po pokonaniu wzniesienia przez bajkowo ośnieżony las w drodze do PK2 wyszliśmy na jego skraj. W tym miejscu widok mnie powalił................ i dopiero tutaj wyciągnąłem aparat.
| Oto efekt... | Odwróciłem się w drugą stronę skąd szedł uczestnik/cyborg trasy 100 km |  |  |
Kiedy do nas doszedł z obojętnym wyrazem twarzy i tonem głosu powiedział coś w tym stylu: ".... widać, ze idziecie na 50. Jeszcze uśmiechy na twarzach. Powodzenia." Początkowo jego wypowiedź jakoś tak przeleciała mi mimo uszu i zrobiłem kolejne zdjęcie.  Dopiero na mecie w Batorzu zdałem sobie sprawę przez co musieliśmy przejść. Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej chyba nikt z naszej trójki tak by się nie cieszył na piękne widoki.
| Na tym zdjęciu widać, że na początku humory wybitnie dopisywały | Rozochocony przepiękną pogodą uchwyciłem taki krajobraz | W drodze do PK3 jeszcze taki |  | | |
Skoro byliśmy jeszcze w całkiem niezłej formie (nikt nie narzekał ani nie stękał) Basia zrobiła nam pamiątkowe zdjęcie 
Jeśli patrzymy na mapę to widać, że między startem a PK3 było sporo marszu po polach. Po rajdzie zupełnie zmieniło się moje postrzeganie tego zimowego elementu krajobrazu. Wcześniej praktycznie wcale nie chodziłem zimą po zasypanym terenie, a jeśli już to były to krótkie odcinki. Widząc zasypane pola i łąki jakoś nie przychodziło mi do głowy, że pod białym puchem jest TWARDA JAK KAMIEŃ, ZAMARZNIĘTA, ROZORANA, NIERÓWNA ziemia, a śnieg sięga czasami po pas. Marsz w takich warunkach, mimo że po w miarę płaskim terenie, był bardzo męczący. Co raz człowiek walczył o utrzymanie równowagi, nogi ślizgały się na zamarznietych grudach ziemi, a na niektóre miedze trzeba było się wspinać.
Ale nie bacząc na te niedogodności brnęliśmy dalej. Podczas marszu wzdłuż pola terro zaproponował, że lepiej będzie iść po miedzy. Wszedł na nią, przeszedł może 15 metrów i szybko porzucił ten pomysł. Miedza jak to miedza. Oprócz tego, ze wyznacza grance między polami ma właściwości "przyciągania" do siebie śniegu. Idąc po takiej z jednej strony miało się pole sąsiada metr poniżej, a z drugiej strony jeśli postawiło się stopę troszkę za daleko na teren drugiego sąsiada śnieg sięgał już ponad kolano. Czasami i wyżej...
W drodze do PK3 chyba wszyscy zaczęliśmy odczuwać głód. Basia z Terro chcieli zatrzymywać się i coś przegryźć, ale zaproponowałem żeby zrobić to po zaliczeniu PK. Po jego odnalezieniu i spisaniu kodu szybka decyzja. Jemy. Niedoświadczeni takimi marszami wybraliśmy kanapki. Jak dla mnie kanapka smakowała hmmm.... właściwie była bez smaku. Czułem jakbym żuł zimny kawałek opony. Janusz dobrze wiedział co mówi. Brać snickersy i inne takie tam słodkości oraz suszone owoce. Najbardziej z tego wszystkiego smakowały nam morele.
Z PK3 do PK4 poszło jak po maśle. Teren łatwy, marsz cały czas leśną drogą. W miarę pokonywania kolejnych metrów na drzewie ukazał się kolejny PK. Ucieszeni przyspieszyliśmy kroku. Ale zaraz zaraz. Coś tu jest nie tak. Przecież PK 4 miał być w rozgałęzienu wąwozu, a w tym miejscu nie było żadnego. Był to PS, czyli tzw. punkt stowarzyszony - zmyłka organizatorów. Kto się nie zorientował i spisał kod na kartę dostawał za taki punkt karę czasową.
No i po PK4 się zaczęło. Nasz zmysł orientacji, który w otwartym terenie całkiem nieźle się sprawdzał, w wąwoziastym terenie zaczął szwankować. Na dodatek jako pierwszy zaliczyłem upadek. Ale była to gleba terenowa całkem miła w dotyku. Właściwie to nawet tego nie poczułem. Zatrzymałem się na monent aby popatrzeć na mapę, zrobiłem 1/3 kroku do tyłu i bach. Leżę. Padłem w śnieg, w lekki mięciutki puch. Była przy tym kupa śmiechu. Dalsza relacja z trasy, odcinek gdzie niebieski szlak ma niezrozumiały i chaotyczny przebieg, będzie czymś w rodzaju "piszczenia" w radiu i TV kiedy wypowiadane są niecenzuralne słowa - piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii. Nie znoszę nie wiedzieć gdzie jestem. Terro z Basią mieli to szczęście, ze nie uzewnętrzniałem aż tak bardzo moich wrażeń. Na dodatek zadzwonił do mnie brat i się dziwił, że jesteśmy dopiero przed PK5.
Po drodze jednak udało nam się zestrzelić z wiatrówki parę baloników co bylo bardzo przyjemnym doświadczeniem. Zrobiliśmy też zdjęcia - specjalnie dla Was.
Żeby zrobiło się trochę weselej terro nagle i niespodziewanie zmienił pozycję ciała 
Udało się! PK 6 odnaleziony! Teraz pozostało dotrzeć do PK7. Ułatwiło nam to ukształtowanie terenu - wspomiany przez terro wąwóz oraz napotkany uczestnik "setki". Właśnie wracał z siódemki i pozostawił po sobie charakterystyczne ślady - oprócz odcisków butów takze z obu stron ślady kijków. Krótko z nim rozmawialismy, mówił że w nocy było tak zimno że jego czekolada zamarzła, nie dał rady jej ugryźć (nasze snickersy miały podobną konsystencję, ale w tym przypadku trzeba było się przegryźć tylko przez cienką warstwę czekolady z betonu). W ciągu całej 50 km pętli zatrzymał się tylko 3 razy aby napić się herbaty. W ogóle jak mu się przyjrzeliśmy wydawało nam się, że jest ubrany tylko w jakąś zwykłą, bawełnianą koszulkę i kurtkę rozpiętą pod szyją. W drodze do PK7 Bartka ogarnął nagły i niespodziewany kryzys. Na szczęście nie było daleko i jak tylko zobaczyliśmy dym z ogniska szybko mu przeszło. Ku naszemu zdumienu w PK było jeszcze sporo osób. Pozwoliło nam to na upieczenie kiełbasek.  Nawet sobie nie wyobrażałem, że kiełbaska z bułką może tak smakować I to w dodatku bez musztardy! Nasze morale zostało podbudowane, rozgrzane przez palący się ogień, nieco dożywione, więc można było gramolić się na liny. Najpierw terro.
Pomimo mile połechtanego morale ręka mi się trzęsła i żadno zdjęcie nie wyszło wyraźne Przyszła i kolej na mnie. Zapięli mnie w uprząż rozmiar XL, założyli na głowę pomarańczowy nocnik i lecisz Halson na sznurki. Przeszedłem na drugą stronę, ściągnąłem zabezpieczające majtasy i już mieliśmy ruszać w dalszą drogę, ale zatrzymał mnie człowiek obsługujący przeprawę. Okazało się, że nie zdjąłem kasku. Gdyby nie on to podejrzewam, że szedłbym w nim do samej bazy i nikt z nas ze zmęczenia nawet by się nie zorientował, że nieco powiększyła mi się głowa.
Droga do PK8 okazała się bardzo łatwa i przyjemna. To był wręcz spacer. Organizatorzy chyba celowo zorganizowali PK w takim miejscu. Wg. mnie był to krótki odpoczynek po przprawach przez wąwozy i przed kolejnym starciem z zaśnieżonymi polami.Zdobyliśmy więc PK w miarę szybko i wrociliśmy do drogi. No i tutaj należało podjac decyzję co dalej. Zapadał zmrok, a kolejny punkt w leśnym wąwozie. Gdyby nie nasze "znakomite" zdolności orientacyjne w lesie to proponowałbym zdobywanie dziewiątki w ciemno - właściwie po ciemku Początkowo w myślach urodził mi się pomysł żeby wracac do bazy, gdyż przerazała mnie myśl o tym, ze znowu będziemy błądzić po lasach i jarach w nocy, a potem jeszcze długi marsz do Batorza. Nie wiem jak to się stało, ale jednak poszliśmy w kierunku PK. Było już ciemno. Mniej więcej w połowie Tokar z ulicy asfaltowej zeszliśmy na pola. Standardowo pomyliliśmy trasę, ale wyszło nam to na korzyść gdyż droga nie była zbyt mocno zasypana śniegiem. Dalej szlo się już bez pomyłek, wystarczyło podążać śladem poprzednich uczestników, ktorzy dziewiątkę mieli już za sobą. Ależ było radości gdy w koncu dotarliśmy do rozwidlenia wąwozu. Powiedziałem wtedy, że teraz musimy tylko wrócić do bazy. Nie wiedzieliśmy, że to będzie TYLKO.
Przedzierając się przez zaspy udało nam się wrócić do asfaltu. Krótka przerwa na złapanie oddechu, ostanie łyki herbaty z mojego termosu oraz przegryzienie resztek wody i w drogę. Do Batorza. Zadzwonili do mnie z domu i palnąłem, że za jakąś godzinę będziemy w bazie Droga ciągnęła się niemiłosiernie długo. Szliśmy w milczeniu, od czasu do czasu przegryzaliśmy owoce. W Otroczy telefon od Janusza - już wyjeżdża do domu. Ucieszyłem się, że niedługo spotkamy go na trasie - a może zaproponuje podwiezienie. Z rozmów z Basią i Bartkiem wynika, że nie tylko ja myślałem w ten sam sposób Szybko wybiłem sobie tą myśl z głowy, przecież nie poto szliśmy taki kawał drogi żeby zostać zdykwalifikowanym za podwiezienie. Na szczęście Janusz chyba wiedział co robi, nawet o tym nie wspomniał. Na zakończenie rozmowy jednak nas nie pocieszył: "według mojego licznika w samochodzie macie jeszcze ok 10 km". Mógł trochę skłamać. Po spotkaniu z Januszem postanowiliśmy łyknąć trochę herbaty. Terro próbował w rekawiczkach odkręcić termos. NIe dał rady. No to mówię - daj mi. Zdjąłem rękawiczki, próbuję, wysilam się, a nakrętka ani drgnie. Ogarnęła nas fala desperackiego śmiechu spotęgowana przez...... no może nie będę pisał przez co. (przyp. terro - ...oj tam, wielkie mi co. Jak się zaczęliśmy rechotać to mi z nosa zaczęło kapać. A jak kapało, to oni jeszcze bardziej się rechotali. A jak się bardziej rechotali, to mi bardziej zaczęło kapać...). W końcu jednak udało się otworzyć i mogliśmy cieszyć się jeszcze ciepłym płynem. Ruszyliśmy dalej. Obskoczyły nas nieprzyjemne wioskowe Pikusie i Burki. Chyba kazdy z nas miał z takimi do czynienia. Robią wiele hałasu i zamieszania, a tylko jak się na nie zwróci uwagę podkulają ogon i uciekają.
Dalszy marsz to psychiczne zmuszanie nóg do przesuwania się do przodu. Trzeba było uważać, żeby nie stać za długo w miejscu bo mogły wrosnąć w asfalt. Z każdym krokiem czułem jakby moje stopy robiły się co raz bardziej płaskie i miękkie, jakby ktoś urabiał z nich ciasto na pierogi. Każda większa gródka lodu powodowała nieprzyjemny ucisk. O wędrowaniu gołym asfaltem nie było mowy, był za twardy. W przeciwieństwie do terro mi światła domów nie dodawały otuchy. Myślałem sobie - dlaczego one są tak daleko? Za Zdziłowicami zatrzymał się przy nas samochód, kierowca zaproponował podwiezienie. Byliśmy dzielni, krótka odpowiedź - nie.
Innego wyjścia nie było. W końcu po mozolnym człapaniu musieliśmy dotrzeć do Batorza. Aha. W międzyczasie lub w "międzywiejskimterenie" terro pomyślał, że może na czworaka będzie się lepiej szło. Jednak nie spróbował. A szkoda, bo wykrzesałbym siłę na wyciągnięcie aparatu i zrobiłbym pięęęęknąąąą fotkę. Jak już terro pisał, przed samym GOKiem usłyszeliśmy rytmiczne uderzanie o podłoże. To biegli dwaj panowie. Szatany jakieś.
W GOKu bardzo ale to bardzo niedopracowana sprawa. Sekretariat rajdu znajdował się na pierwszym piętrze budynku, trzeba było więc pokonać kilka schodów żeby zakończyć trasę. Mogli pomyśleć i przenieść się na dół Na górę dotarliśmy o 23:22. Nie przebierając się poszliśmy od razu na obiadokolację - jak to Janusz określił w Tokarach - micha, że mózg staje. Problem był jedynie z dotransportowaniem łyżki/widelca do ust, tak bolał kark od dźwigania plecaka. Po jedzeniu znaleźliśmy sobie wolne materace do spania i zlegliśmy. Ostatki sił wykorzystaliśmy na 2 sposoby. Ja z Bartkiem przynieśliśmy bagaże z samochodu, a Basia poszła się myć. Noc upłynęła niezbyt dobrze. W pół-śnie słyszałem jak do bazy dochodzą kolejni uczestnicy.
Obudziły mnie rozmowy innych uczestników, ok. 06:15. Basia z Bartkiem jeszcze smacznie spali. Dopiero po 08:00 udało mi się ich obudzić, proszę zobaczyć jak się cieszyli, że zaliczyliśmy 9 punktów
Na zakończenie rajdu wspomogliśmy się kawą i flaczkami w barze na stoku w Batorzu (terro ja na prawdę chciałem tam iść na piechotę ). Dzięki temu mogłem się wgramolić na scenę żeby odebrać dyplom, a Bartek z Basią wylosowane nagrody.
I jeszcze jeden radosny akcent na rajdzie. W drodze do PK2 albo 3 zacząłem układać piosenkę: "Maszerują chłopcy i dziewczęta, Mapę mają w dłoni, kompas dzierżą w skroni, Idą w dal" Nawet zaśpiewałem moim współtowarzyszom marszu, ale nie podchwycili melodii. Dziękuję bardzo organizatorom za na prawdę świetną imprezę, Basi i Bartkowi za wspólną drogę, Januszowi za bezcenne rady, gratuluję Wam.
(Halson)
|