| |
|
Galeria |
|
|
|
|
|
|
|
NA POGRANICZU |
|
|
Był świadkiem mordu Żydów we Włodzimierzu Wołyńskim. Na Wołyniu stracił też brata, zamordowanego przez Ukraińców. O losach swojej rodziny odpowiada 80-letni Stanisław Fedorowicz z Miączyna
Marcin Fedorowicz, dziadek pana Stanisława, pochodził prawdopodobnie z Galicji. Potem osiadł w Hajownikach koło Skierbieszowa, gdzie pracował w miejscowym majątku jako stelmach - złota rączka, taki, co to potrafi zreperować zarówno chłopski wóz, jak i pańską bryczkę. W Hajownikach urodziła się trójka dzieci Marcina, wśród nich Jan, ojciec pana Stanisława. Jan Fedorowicz - jak głosi rodzinna opowieść - był uzdolniony muzycznie. Miał nawet uczyć się na popa. Kiedy jednak skończył cztery klasy „ruskiej” szkoły w Skierbieszowie, wybuchła I wojna światowa. O edukacji nie było już mowy. Został wcielony do armii carskiej. Po powrocie ożenił się z Katarzyną z domu Bartoń, panną z Szorcówki koło Skierbieszowa. Owocem tego związku były dzieci: Seweryn (1906 r.), Wincenty (1909 r.), Maria (1911 r.), Helena (1919 r.), Ludwik (1923 r.) i Stanisław (1926 r.). W 1927 r. cała rodzina wyjechała do kol. Zofiówka w gm. Mikulicze koło Włodzimierza Wołyńskiego. Tam Jan Fedorowicz kupił 8 ha żyznej ziemi. Zasadził też półtorahektarowy sad owocowy. Został sołtysem i inkasentem podatków. - Z Ukraińcami żyliśmy dobrze. Ojciec nieraz umarzał im podatki. Ja chodziłem do szkoły w Oktawinie i Hrynowie, gdzie ukończyłem siedem klas – opowiada pan Stanisław. Z tamtego okresu pochodzi zdjęcie wykonane 13 czerwca 1937 r. na ławeczce przy kaplicy w Hrynowie. Stanisław Fedorowicz jest tym młodym chłopakiem, stojącym pomiędzy ks. Symonem (pochowany na cmentarzu w Dubie koło Komarowa), a kierownikiem szkoły Zimonem Szpugałą. Pan Stanisław twierdzi, że to był jeszcze ten czas gdzie wszyscy, bez względu na wyznanie, czuli się Polakami.
Siła brunatno-czerwona Wszystko zmieniło się po wybuchu wojny w 1939 r. Dwa tygodnie później Niemcy byli już we Włodzimierzu Wołyńskim. Nie na długo. 17 września miasto zajęła Armia Czerwona. Niemcy wycofali się za Bug. Zaczęły się prześladowania Polaków- katolików, szczególnie kolonizatorów, którzy sprowadzili się na te ziemie w latach 20. Ich, w pierwszym rzędzie Sowieci wywozili na Sybir. Kiedy 22 czerwca 1941 r. hitlerowcy rozpoczęli inwazję na Związek Radziecki, rodzina Fedorowiczów mieszkała już we Włodzimierzu Wołyńskim, w niewielkim mieszkaniu przy ul. Topolowej, naprzeciwko koszar przedwojennego 27 pułku artylerii lekkiej. Wkrótce hitlerowcy urządzili tam getto. Pan Stanisław pamięta jego likwidację w 1943 r. - Codziennie przez trzy tygodnie z getta wyjeżdżało kilka wypełnionych po brzegi ciężarówek, silnie eskortowanych przez żandarmów. Kierowały się do okolicznego lasu Piatydnia. Tam rozstrzeliwano Żydów. Słyszałem serie z karabinów maszynowych – wspomina pan Stanisław. Niemcy nie oszczędzali też Polaków. Co tydzień organizowali łapanki na roboty. - Jedną urządzili w niedzielę po mszy. Wtedy wpadłem i ja. Samochodami zawieźli nas do koszar. Nocowaliśmy w stajniach. Mówiło się, że wywiozą nas na roboty do Generalnej Guberni. Udało mi się jednak uciec – wspomina pan Stanisław. Rok 1943 r. zapisał się w jego pamięci tragicznymi wydarzeniami, które były dziełem ukraińskich nacjonalistów. Przerażeni uciekinierzy, którzy zdołali dotrzeć do Włodzimierza Wołyńskiego, opowiadali o mordowanych dzieciach, gwałconych kobietach, torturowanych księżach i spalonych wioskach. W ogniu stanęły też wsie przyległe do Włodzimierza Wołyńskiego. 11 lipca 1943 r. doszło do masakry w Hrynowie. Wśród kilkunastu zamordowanych był też miejscowy ksiądz Kotwicki. Tragedia nie ominęła także bezpośrednio rodziny Fedorowiczów. W Buszkowiczach, niewielkiej wsi w powiecie włodzimierskim, Ukraińcy zamordowali Wincenta Fedorowicza, brata Stanisława (żołnierza 19 pułku Kawalerii w Ostrogu nad Horyniem) zabili też jego żonę i siedmioletniego syna.
Siedział za kiełbasę Pod koniec 1943 r. rodzina Fedorowiczów postanowiła uciekać w głąb Polski. Z Uściługa przedostała się do Zosina, do znajomego rodziny o nazwisku Pieczykolan. Mieli osiąść w Czerniczynie koło Hrubieszowa, ale i tu nie było bezpiecznie. Kiedy przyjechali do Hrubieszowa, po okolicy rozeszła się wieść o wymordowaniu mieszkańców Sławęcina. Fedorowiczowie pojechali więc bliżej Zamościa, do Miączyna. - Tu było już spokojnie. Dotrwaliśmy do końca wojny – wspomina pan Stanisław. Potem zaczęła się odbudowa zniszczonej ojczyzny. Nastał czas obowiązkowego zakładania spółdzielni produkcyjnych i dostaw płodów rolnych. Przez niedobór paru kilogramów żywca, w grudniu 1953 r. trafił do aresztu w Hrubieszowie. - Po przewiezieniu mnie na dyżurkę komendy, zabrano moje dokumenty, sznurówki i pasek od spodni. Trzymano nas w piwnicach pod komendą. Siedzieliśmy na deskach, bez żadnego przykrycia w sześć osób, w celach trzy na cztery metry powierzchni. Traktowano nas jak wrogów i przestępców. Raz w tygodniu wyprowadzano na spacer. W nocy były wywózki do więzień w Chełmie i Zamościu – wspomina. Po tym aresztowaniu podjął decyzję, że rzuca gospodarkę. Zatrudnił się w Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Miączynie, jako sprzedawca w sklepie z artykułami do produkcji rolnej. Później pracował na stacji kolejowej, gdzie spółdzielnia miała swoją „bazę”. Zaangażował się w ruch spółdzielczy, organizowanie kółek rolniczych i ochotniczej straży pożarnej. Od 1953 r. do końca ubiegłego roku pełnił funkcję skarbnika. - Byłem społecznikiem. Posiadam wszystkie medale i odznaczenia strażackie, jak i spółdzielcze. Teraz na taką aktywność nie pozwala mi zdrowie – kończy swoją opowieść pan Stanisław.
Robert Horbaczewski
Kronika Tygodnia 09.05.2006 |
|
|
|
|
|
|
Licznik odwiedzin |
|
Odwiedziło nas: 1653213 odwiedzających
|
|
|