Dochodziło południe, kiedy dobiegała końca msza św., której przewodniczył ks. prof. dr hab. Franciszek Greniuk. Upalna niedziela 25 czerwca nie zatrzymała w domach setek kombatantów. Przyjechali autokarami, busami i samochodami osobowymi z całej Zamojszczyzny. Stawiło się ponad 50 pocztów sztandarowych. Wiekowi już mężczyźni dziarsko stali w pełnym słońcu, trzymając w rękach sztandary i kolorowe parasolki. W 30-stopniowym upale piekła się orkiestra wojskowa z Lublina i kompania honorowa 3 BOT. Dopisali parlamentarzyści, przedstawiciele władz państwowych z Warszawy i Lublina, samorządowcy z Biłgoraja, Zamościa i Łukowej: starostowie, prezydenci, burmistrzowie, radni. Oni siedzieli pod brezentowym dachem. Organizatorzy nie sprostali jednak wszystkim wyzwaniom. Na środku rozległego placu, niedaleko ołtarza stoi tylko jeden namiot z piwem i kiełbaskami (czyżby wyłączność?). Przed namiotem 20-30-osobowa kolejka. Pod lasem kilka osób sprzedaje ze specjalnych wózków watę cukrową.
- Jeszcze tak nie było, żeby w Osuchach nie można było kupić butelki z wodą mineralną. Piwo sprzedawano w kilku miejscach, można się też było napić kawy. Komu to przeszkadzało? - narzeka 81-letni kombatant z Mircza.
- Kiedy zapytałem dziewczynę ze stoiska GOK-u z książkami i wydawnictwami o bitwie pod Osuchami, czy nie można się tu gdzieś napić kawy (obok niej stał tam jakiś termos), odpowiedziała mi: „Trzeba było samemu o tym pomyśleć" - opowiada szpakowaty mężczyzna z Zamościa.
Bronisław Łukasik ps. Chętny z oddziału Józefa Steglińskiego „Corda" ma inny, znacznie poważniejszy problem. Choć sam walczył pod Osuchami i stracił w bitwie dwóch braci: 34-letniego Feliksa ps. Niedopytalski i 25-letniego Franciszka ps. Modrzew (bracia Łukasikowie pochodzili z Rap Dylańskich) przyjechał do Osuch dzięki uprzejmości znajomych. W samochodzie wynajętym przez koło Światowego Związku AK na osiedlu Karolówka w Zamościu, którego jest członkiem, nie było dla niego miejsca. Nie nosi munduru i nie siada w pierwszym szeregu gości. - To nie są żadni kombatanci. Na palcach by policzył tych, którzy brali udział w konspiracji. Ani jeden z nich nie był partyzantem. Większość z naszych już nie żyje - mówi z uśmiechem o swoich kolegach z koła Bronisław Łukasik.
Bronisław Łukasik przyjechał do Osuch z Wiesławem Nowakowskim, nauczycielem historii z Zamościa i bratanicą Krystyną Dzido, córką Feliksa Łukasika „Modrzewia", zaginionego w czasie bitwy pod Osuchami. - Byłam małym dzieckiem jak zginął mój ojciec. Nie pamiętam go. Jednak od lat przyjeżdżam na mogiły do Osuch, czy jest uroczystość czy jej nie ma. Pomodlę się, zapalę światła - opowiada.
Gdy dziesiątki delegacji z wieńcami szykowały się do przejścia na cmentarz partyzancki, gdzie miał się odbyć apel poległych, na skraju lasu za Domem Kombatanta w obozowisku partyzanckim trwały gorączkowe przygotowania do zasadzki na oddział niemiecki. To członkowie grup rekonstrukcji historycznych „WIR” i „Podkarpacie”, w mundurach żołnierzy Wehrmachtu i uniformach partyzanckich, przypominali sobie kolejność scen, ładowali taśmy do karabinów maszynowych, poprawiali oporządzenie.
- W oparciu o bogatą ikonografię, m.in. album fotograficzny autorstwa Edwarda Buczka, zaprzysiężonego fotografa AK, podjęliśmy próbę zrekonstruowania obozowiska partyzanckiego i pokazania ich życia codziennego – opowiada współautor scenariusza inscenizacji Jerzy Waszkiewicz, kierownik Muzeum Regionalnego w Biłgoraju.
Tymczasem na cmentarzu gromadziły się poczty sztandarowe, delegacje kombatantów i gości, którzy zjechali do Osuch. – proszę zabrać ten transparent z cmentarza, nigdy nie pozwalamy na obecność transparentów, nawet z najsłuszniejszymi hasłami – mówi ppłk Marek Kwiecień, prowadzący od 15 lat osuchowskie uroczystości. Płat zielonego materiału z napisem „Polska we krwi naszej ziemi naszej…”, sygnowany emblematem Stowarzyszenia Spadkobierców Ruchu Oporu II wojny światowej, wyniesiony przed bramę cmentarza. – To chyba „Samoobrona” – szepce wysoki, starszy mężczyzna.
Salwy kompanii honorowej przy mogiłach 233 spoczywających w Osuchach partyzantów to był dopiero początek kanonady, jaka tego dnia niosła się w pobliskim lesie. Ostatnie delegacje składające kwiaty pod pomnikiem nie zdążyły jeszcze powrócić z cmentarza, gdy do obozowiska partyzanckiego przybiegł zadyszany strzelec. – Panie komendancie, Niemcy jadą – zameldował. Ogłoszono alarm. Partyzanci biegną na miejsce przygotowanej zasadzki i zajmują stanowiska. Słychać serie z broni maszynowej i wybuchy granatów. Nad lasem unosi się dym. Krótka walka kończy się sukcesem partyzantów. Choć takiego zdarzenia pod Osuchami nie było, wszystko wygląda naturalnie i malowniczo. Żeby było prawdziwie, żołnierze z 3 BOT zabezpieczający pirotechnikę całej inscenizacji, oddają prawdziwe serie z karabinów maszynowych. Strzelają ze ślepej amunicji i rzucają prawdziwe petardy.
Krzysztof Czubara
Tygodnik Zamojski 28.06.2006